Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Sierpień 2013

Włodzimierz Adam Osiński

Nie trzymam wiedzy dla siebie

62Z Piotrem Leszczyńskim, uzdrowicielem pracującym metodami medycyny energetycznej, falowej i fantomowej, rozmawia Włodzimierz Adam Osiński.

Stał się Pan znany w środowisku polskich healerów jako człowiek, który nie boi się nowoczesnych metod pracy i ciągle poszukuje nowych.

– Jest mi miło, że jestem tak postrzegany, choć mam wrażenie, że to niektórzy zatrzymali się na swej drodze i nadal posługują się metodami z połowy lat 60. Tymczasem mamy już nowy wiek, który zmusza nas do pracy metodami rodem z laboratoriów kwantowych, gdzie nauka i medycyna podpowiadają uzdrawianiu duchowemu, a właściwie energetycznemu, odbywającemu się na poziomie genów, chromosomów i telomerów. Staram się być jedynie na bieżąco i pracuję z tym, co pojawia się w przekazach nie tylko u mnie, ale także u moich kursantów.

Właśnie w taki sposób rozpoczął Pan pracę metodą, którą jako pierwszy opisał w jednej ze swoich książek Eckhart Tolle.
– U jednego z moich uczniów, Grzegorza z woj. lubelskiego, który na co dzień zajmuje się biznesem, bardzo uaktywniło się jasnowidzenie. Przekazy pojawiały się pod postacią obrazów, słów, a nawet całych zdań, które rozbłyskiwały mu przed oczami. Pewnego dnia informacje, które otrzymał, jadąc na jakieś spotkanie z kontrahentem, były tak wyraźne, jakby czytał książkę Eckharta Tolle (o której nawet nie słyszał). Natychmiast do mnie zadzwonił i wszystko mi opowiedział. Nasza rozmowa trwała około 40 minut, a jej temat wydał mi się tak ważny i aktualny, że zmieniłem swoje plany na ten dzień i od razu przystąpiłem do testowania nowej metody. Cała sprawa dotyczy pracy z jedną z powłok subtelnych człowieka, którą Tolle nazwał ciałem bolesnym, a która jest bardzo ważnym elementem w zainicjowaniu procesu uzdrawiania. Mówiąc obrazowo, ciało bolesne można porównać do balonu tak obciążonego nadmiernym balastem, że nie ma siły wznieść się w powietrze. Niektóre osoby odczuwają to jako próbę poruszania się przy zaciśniętym hamulcu, gdzie ruch jest właściwie niemożliwy lub okupiony gigantycznym wysiłkiem energetycznym. Dopiero po oczyszczeniu ciała bolesnego z zalegającego „balastu”, możemy nabrać odpowiedniej „prędkości” i przystąpić do właściwego uzdrawiania i przedłużania życia sobie oraz innym. To bardzo skuteczna metoda ratowania życia, którą przetestowałem od razu na sobie. Pod wpływem rozmowy z moim kursantem rozpocząłem medytację, w czasie której otrzymałem wiadomość, jak uruchomić ten proces oraz zgodę Najwyższej Istoty na stosowanie tej metody w mojej pracy. Zrobiłem to bez lektury żadnej książki.

Czy może Pan opisać swoje wrażenia z procesu oczyszczania ciała bolesnego?
– Większość osób przechodzi cały proces w kilka minut i nie odczuwa go zbyt intensywnie, jednak w moim przypadku było trochę inaczej. Kiedy zainicjowałem u siebie oczyszczanie ciała bolesnego, poczułem się jakby przejechał po mnie czołg, nagle rozbolała mnie każda tkanka i komórka ciała. I chociaż wszystko mnie bolało, jednocześnie odczuwałem także niesamowitą błogość i spokój wynikający z uwolnienia się od balastu zgromadzonego w tym ciele subtelnym. Przez kilka następnych dni, kiedy wychodziłem na miasto i spotykałem się z ludźmi, czułem się jakbym występował w filmie wyświetlanym w zwolnionym tempie. Byłem w swoim świecie, nic mi nie przeszkadzało i niczego nie analizowałem. Teraz wiem, że praca z ciałem bolesnym to podstawa do jakiegokolwiek uzdrawiania.

Nie dziwią mnie Pana reakcje podczas oczyszczania ciała bolesnego, w końcu przeszedł Pan w swoim życiu wielką osobistą tragedię.
– Szesnaście lat temu w wypadku samochodowym zginęła moja pierwsza żona wraz z naszym synem. Pływałem wtedy na statkach przewożących chemikalia, gdzie pracowałem jako podoficer. W jednym z portów dowiedziałem się o wypadku, a do domu udało mi się wrócić dopiero na pogrzeb. Już wtedy bardzo interesowałem się rozwojem duchowym i uzdrawianiem. Zawsze w rejs zabierałem ze sobą książki ezoteryczne i ćwiczyłem pierwsze metody; BSM, Silvę czy pracę z wahadełkiem. Jednak nie bardzo mi to wychodziło. Wiadomość o śmierci żony i dziecka sprawiła, że całe moje dotychczasowe życie i plany na przyszłość rozpadły się. Po pogrzebie byłem całkowicie rozbity, miałem jedynie czarne myśli i nic nie miało dla mnie sensu. Na szczęście kilka osób z gdyńskiego środowiska naturoterapeutów zaopiekowało się mną w owym czasie, ratując przed jakimś głupstwem, które mógłbym zrobić. Szczególnie wdzięczny jestem pani Bożence z Gdyni oraz jej szwagierce Ewie, które znajdowały dla mnie cenny czas i prowadziły długie rozmowy zawsze, kiedy tylko tego potrzebowałem, nawet w środku nocy. Podczas jednej z takich rozmów powiedziały mi, że mam dar i powinienem uzdrawiać ludzi. Dzięki wiedzy duchowej było mi łatwiej uporać się ze stratą najbliższych, zrozumiałem, że przeszłości nie da się już zmienić i że powinienem powrócić do teraźniejszości. Wybaczyłem nawet sprawcy wypadku, który z powodu rodzinnych koneksji nigdy nie poniósł realnych konsekwencji swojego czynu.
Na statkach pływałem jeszcze ponad rok, potem poznałem swoją drugą żonę, Beatę, i porzuciłem pracę na morzu. Sprzedałem dom w Gdyni i przeprowadziłem się do Ostrowca, gdzie otworzyłem firmę. Nadal jednak zgłębiałem tematy ezoteryczne. W końcu jeszcze raz odmieniłem swoje życie, ukończyłem kurs bioterapii oraz chirurgii fantomowej i przy wsparciu mojej drugiej żony poświęciłem się wyłącznie uzdrawianiu. Zanim oficjalnie otrzymałem państwowy dyplom bioenergoterapeuty, przyjmowałem już wielu klientów. Poczułem wtedy, że moje życie i to, co robię, ma jakiś głębszy sens.

Bioterapia kojarzy się z zabiegami ciągnącymi się miesiącami, Pan natomiast pracuje szybko, jak energetyczne pogotowie.

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.