Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Listopad 2013

Mieczysław Mączka

Raka się nie bój...

aniol-do-maki.tif mPoniżej zamieszczamy fragmenty relacji Mieczysława Mączki – poety, animatora ruchu literackiego i wydawcy – przez kilka lat zmagającego się z chłoniakiem ziarnistym – który odwiedził nas niedawno w redakcji. To chłodny, a zarazem przejmujący opis drogi do zdrowia, rozwoju duchowego i osobistego.

 

Na przełomie lata i jesieni 2004 guz począł żwawo rosnąć. Pojawiła się trudność z wypowiadaniem niektórych głosek. Werbalnie upodobniłem się do pijaka. Na początku października, ni stąd, ni zowąd, guz rozbolał. Ból był tak dokuczliwy, że mogłem jadać wyłącznie warzywne papki, które Marta wytrwale przygotowywała. Bez niej nie jadłbym chyba nic, ciekawe jak długo? Śluzówki przestały pracować, w związku z czym dość często musiałem palcami odrywać język od podniebienia. Zwłaszcza rano.
Nie mogę powiedzieć, żebym psychicznie czuł się mocny. Fizycznie – tak. Pracowałem normalnie – czyli dużo. Myślałem czasem o tym, że wprawdzie wiele życiowych spraw mam już poukładanych, ale Agnieszka nie jest gotowa do przejęcia po mnie wydawnictwa. Wydawnictwo to nie tyle moja praca, co raczej najważniejszy element istnienia. Nie pozwalałem sobie, nawet w myśli, na przejście do innego świata, jeśli w następstwie tego wydawnictwo mogłoby upaść – czyli zerwać wytworzoną przez dziesiątki lat relację z poetami z całego świata.
Sytuacja popychała mnie do zastosowania radykalnego sposobu. Z dnia na dzień moje samopoczucie poprawiało się. Zażywałem lymphomyosot N, robiłem wizualizacje, np. wirtualnym laserem traktowałem guz, zmierzając do rzeczywistego wyleczenia. Nie jestem systematyczny, więc z całą pewnością nie były to zabiegi regularne. (…)
Lymphomyosot N. Ponieważ lek ten jest absorbowany przez kawę, zaprzestałem picia kawy. Bardzo ważne, jak sądzę, okazało się to, że moja podświadomość uwierzyła w postanowienie o głodówce. Determinacja moja wzrosła niebotycznie, co nietrudno zrozumieć, zważywszy narastającą bolesność guza.
Od ośmiu lat jestem wegetarianinem. Sam z siebie zacząłem stosować prawo miłosierdzia. Bez przestrzegania tego prawa w życiu – nie będziesz zdrowy. O ile Indianom, i innym ludom cywilizowanym inaczej, jedzenie mięsa nie przeszkadzało w stosowaniu prawa miłosierdzia, to nie da się przenieść stylu życia wolnych ludzi do Polski. Zatem raczej nie masz innej możliwości, niż zaprzestanie padlinożerstwa. I nie wierz,  mój Boże, nikomu, kto mówi, że brak białka zwierzęcego doprowadzi Cię do choroby. Jest akurat odwrotnie! Piszę o tym, abyś wiedział, że moje odżywianie pozbawione jest mięsa (w tym ryb, żab, ślimaków i robaków). (…)

A teraz o książce Miłość, medycyna i cuda (B.S.Siegiela – przyp. red.). Przeczytałem ją pięć razy! Autor jest chirurgiem-onkologiem, co dwakroć podkreślam, abyś nie posądził mnie o uprzedzenie do tej dziedziny medycznej lub uleganie myślowym stereotypom. (…) Miłość, medycyna i cuda utwierdziły mnie w przekonaniu, że czynię słusznie, sterując leczeniem sam.
Metoda masażu energetycznego była dla mnie nie do przyjęcia, bo nie chciałem przerywać pracy wydawniczej. Postanowiłem więc wykonać oczyszczanie organizmu, a następnie to, co zaleca Rudolf Breuss: sześć tygodni głodówki.
Dotychczas wydawało mi się, że długa głodówka niechybnie kończy się biologiczną śmiercią. Alternatywa w postaci uzdrowienia rysowała mi się bajkowo. Breuss nie zaleca wprawdzie głodówki całkowitej, ponieważ można zjadać odrobinę soku i pić zioła, jednak samo myślenie o takiej kuracji jest nieprzyjemne i silnego trzeba bodźca, by ją podjąć. Ja taki bodziec mam w zasięgu języka.

Przez kolejne dni guz pozostawał taki sam, jeśli idzie o rozmiary, czasami krwawił, zmniejszała się lub narastała jego bolesność. Tkanka guza zmieniała swą jakość – z bardzo obcej stawała się bardziej moja. Tak jakbym ją sobie na powrót przyswajał. Nadal było mi trudno jeść, a propolis tylko trochę łagodził ból. Ale leciutkie mrowienie w okolicy guza dodawało mi radości. I zaczęły działać śluzówki! Po upływie dwóch tygodni ból się wyraźnie zmniejszył, a guz nieco zapadł.
Z tego, co piszę, wynika, że napotykałem okoliczności sprzyjające. Tak jakby Bóg nie miał interesu, aby mnie (Ciebie, Siebie) stawiać przed problemami nie do pokonania. Jest to zrozumiałe samo przez się, jeśli myślisz o Bogu jako sobie. Bo Ty jesteś mną, a ja Tobą. I tak w koło Macieju.
Pojawiła się Marta, będąca lekiem na rosnącą autodestrukcję. Potem Agnieszka, która wypełniła wydawnictwo radością tworzenia książek i której duchowe wsparcie odczułem już pierwszego dnia. Pojawili się Oksana i Robert. Ludzie ci nie spadli z nieba bezpośrednio. Kadan, mój opiekun z wyższego planu, przysłał ich na moje żądanie. (…)
Twój opiekun nie wtrąci się w Twoje sprawy, jeśli konkretnie nie poprosisz go o pomoc. Winno to być zadanie wyraźnie określone. Twój opiekun nie jest bowiem od tego, aby sterować Twoim doskonaleniem w ziemskim wcieleniu. Ale wspomoże Cię w takich punktach, gdzie Ci się coś zacięło. Jednak nie licz na to, że Ci podsunie gładkie rozwiązania, nienastręczające żadnych problemów. Bo życie tutaj jest Twoje i problemy też.

Przez pięćdziesiąt lat nie prosiłem o nic mego opiekuna. Radziłem sobie całkiem dobrze; to znaczy zarówno dobre rzeczy, jak i niegodziwości robiłem samodzielnie. Po upływie półwiecza poczułem silną potrzebę kontaktu z Nim. Nie wiem, jak się porozumiesz ze swym wyższym Ja, ale na pewno możesz to zrobić.

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.