Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Styczeń 2014

Ilona Słojewska

Ma bardzo silne biopole

62Kiedy latem w roku 1993 Marek Galikowski pojechał do Ustki, nie przypuszczał, że przypadkowe spotkanie w domu wczasowym z lekarzem, kręgarzem i bioenergoterapeutą ze Lwowa zmieni jego dotychczasowe życie.

 

Jako jeden z nielicznych zgłosił się na próbny seans bioenergoterapeutyczny, podczas którego okazało się, że ma bardzo silne biopole. Co więcej, lekarz zapewnił go, że wkrótce będzie uzdrawiał ludzi. Skierował go do radiestety, Zygmunta Studenckiego ze Słupska. Ten potwierdził diagnozę lwowskiego lekarza i orzekł, że biopole jest tak silne, iż pan Marek może rozpocząć uzdrawianie potrzebujących.
Do rodzinnej Płaszczycy niedaleko Człuchowa Marek Galikowski powrócił z niekłamaną radością, zwłaszcza że przed laty wyznał matce, iż bardzo chciałby pomagać ludziom. Kiedy był chłopcem, absolutnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że drzemie w nim uzdrawiająca siła. A teraz pojawiła się szansa na spełnienie wcześniejszych marzeń. Od powrotu do domu zaczął baczniej przyglądać się pewnym zjawiskom, na które wcześniej nie zwracał uwagi. Dotyczyły na przykład noszonych na ręce zegarków, wówczas jeszcze nakręcanych mechanicznie. Bez wyraźnego powodu zatrzymywały się. Pan Marek woził je do naprawy, a zegarmistrz dziwił się, że mają „spawane” włosy i dociekał przyczyny tak częstych awarii. Bez skutku.

Pierwsi chorzy
i pierwsze sukcesy
I wtedy Marek Galikowski pomyślał, że jeśli dzieje się tak za sprawą jego energii, to pora sprawdzić, czy rzeczywiście umie uzdrawiać. Jego pierwszą klientką była sąsiadka uskarżająca się na bóle kręgosłupa, głowy oraz dolegliwości reumatyczne. Intuicyjnie przesuwał ręce od jej głowy, wzdłuż ciała, aż do stóp. Był przy tym bardzo skoncentrowany. I udało się. Następnego dnia wszelkie dolegliwości ustąpiły. Wieść o tym zdarzeniu rozeszła się po okolicy. Potem pojawił się rolnik z Przechlewa, któremu pan Marek też pomógł. A kiedy w gazecie „Głos Pomorza” ukazał się artykuł o jego bioenergoterapeutycznych umiejętnościach, przyjechał leśniczy ze Szczecina i poprosił o pomoc dla znajomej. Kobieta po udarze mózgu nie odzyskała przytomności i od 3 miesięcy leżała w szpitalu. Nie był pewien, czy ma wystarczająco dużo energii, by pomóc tak ciężko chorej osobie. Lekarze dawali jej ledwie kilka procent szans na przeżycie. Pojechał jednak do Szczecina, bo jak mawia, trzeba pomóc tym, którzy potrzebują. Przez pięć dni po kilka razy dziennie był przy łóżku chorej. Przesuwał ręce dotychczasową metodą, czyli wzdłuż jej ciała, od głowy do stóp. Następnie, też intuicyjnie, rozpoczął systematyczny masaż stóp, pulsacyjnie je uciskał. Piątego dnia kobieta reagowała na bodźce zewnętrzne i delikatnie poruszała nogami.
I tym razem, chociaż w tak trudnym medycznie przypadku, energia pana Marka zdała egzamin. Kobieta po pewnym czasie pojawiła się u niego wraz z mężem, żeby podziękować za uratowanie życia i pokazać, w jak dobrej jest formie. To spotkanie wywarło na nim ogromne wrażenie, ponieważ uwierzył w skuteczność swojego uzdrawiania. – Włosy na głowie stanęły mi dęba z wrażenia, ponieważ nie spodziewałem się aż takiej poprawy – wspomina po latach. – Kobieta leżała nieprzytomna, nie było z nią żadnego kontaktu. A tu staje w drzwiach, bo jak powiedziała, chciała poznać swego wybawcę i osobiście wyrazić wdzięczność.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych miał kolejną okazję do potwierdzenia swoich właściwości. – Nigdy nie zapomnę przypadku kobiety z Koszalina. A wtedy chorą przywieziono do mnie. Była całkowicie sparaliżowana, kilku mężczyzn wniosło ją na noszach – opowiada. – Strasznie się bałem, ale chęć udzielenia pomocy była bardzo silna. Poprosiłem, by chorą położono w północnej części pokoju. Wcześniej zbadałem pomieszczenie różdżką i okazało się, że właśnie w tym miejscu jest najwięcej skumulowanej energii. Skierowałem jej głowę na północ i przez blisko trzy godziny pracowałem. Wielokrotnie przesuwałem ręce wzdłuż całego jej ciała. Kiedy skończyłem, kobieta poruszyła się i o własnych siłach podniosła, po czym wstała i powoli, ale samodzielnie, wyszła z pokoju. Wszyscy obecni nie wierzyli własnym oczom.
Potem były kolejne uzdrowienia. Na przykład przypadek radcy prawnego z Wrocławia, któremu „zniknął” guz nowotworowy wątroby czy zażegnanie białaczki u mieszkańca pobliskiej wioski, który po wyjściu od uzdrowiciela, odzyskał apetyt. Klientka z Gdańska z nowotworem, która zrezygnowała z chemii i powierzyła swój los jego
rękom, po kilku sesjach powróciła do całkowitego zdrowia. W Warszawie powstrzymał rozwój choroby nowotworowej u bardzo ciężko chorej kobiety, a inną uzdrowił z raka żuchwy.

Dar od Boga
Emanująca od niego energia jest jak gorąca fala. Tak twierdzą chorzy, którym pomaga i bardzo mu dziękują za pomoc. Ale on zawsze podkreśla, że podziękowania należą się Panu Bogu, bo to od niego pochodzi ta energia. – Jestem narzędziem Pana Boga – tłumaczy. – Bo w jaki inny sposób mam to wyjaśnić? Przyznaje, że bywają dni, kiedy czuje, że energii jest tak dużo, iż dosłownie w nim aż kipi. Wtedy bardzo chce oddać ją potrzebującym. Dzisiaj już wie, że wówczas emanuje nią w promieniu kilku metrów.

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.