facebook

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Luty 2013

Robert Buchta

Tajemnicze Ponidzie

Znaleziska przypominają przyprószone pyłem niepamięci różne podania i legendy Chrobrza, pozwalając na podróże po tej niewielkiej nadnidziańskiej miejscowości nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Obecnie – zarówno mieszkańcy, jak i przewodnicy – z sentymentem w głosie wspominają rok 2009, kiedy o Chrobrzu mówiła cała Polska. Wówczas to na jednej posesji w miejscu po odciętym konarze starego jesionu pojawił się tajemniczy wizerunek („Czwarty Wymiar” 11/2009). Do tej malutkiej miejscowości zaczęły przyjeżdżać dziesiątki osób, żeby na własne oczy ujrzeć zadziwiającą grę światła i cienia. Autobusy i samochody okupowały dosłownie każdy wolny skrawek pobocza wzdłuż ulicy Gliniki. Podczas gdy jedni uparcie twierdzili, że była to zwykła prawidłowość biologiczna, związana z przecięciem wiązek przewodzących drzewa, a co za tym idzie – wyeksponowaniem pewnych ich partii, inni w tym fenomenie starali się dostrzec coś więcej. Na dowód tego przytaczali zasłyszane opowieści o uzdrowieniach, do jakich miało dojść pod jesionem. Ale nawet tego typu rewelacje powtarzane z ust do ust nie zahamowały powolnego spadku zainteresowania zjawiskiem. I w końcu właściciele posesji zamknęli masywną, metalową bramę. Na szczęście zanim to się stało, zdążyłem utrwalić na papierze wszystko, co usłyszałem. Ludzie, którzy gromadzili się pod jesionem, wspominali dawne czasy. A ja próbowałem te opowieści naprędce notować. Dziś stos luźnych kartek leży przede mną na biurku. Na wierzchu słowa starszego mężczyzny: – Opowiem panu historię z moich młodych lat. Za rzeką jest taka wioska – Marzęcin. Tam, w normalnym, wiejskim domu obraz Matki Bożej zaczął ronić łzy. Ludzie przychodzili i modlili się. Jak tylko władza ludowa zauważyła, co się dzieje, natychmiast ten obraz został gdzieś wywieziony i ukryty. Do dziś nie wiemy, co się z nim stało.

Kolejne kartki zawierają fragmenty wspomnień dwóch kobiet: – Chodzimy do kościoła i ksiądz mówi, że nie powinno się wierzyć w jakiekolwiek zabobony, ale my tego doświadczyłyśmy. Kiedy byłam małą dziewczynką, nie mieliśmy na wsi sądu ani policji. Jak coś zginęło, ludzie szli do guślarza. Czasem dwadzieścia, czasem trzydzieści kilometrów. Tamten dał wskazówkę, szukano i znajdywano. – Albo mówiło się, że ktoś ma moc rzucania uroków – dodaje druga starsza pani. – Przykład: wracałam z ojcem furmanką. Chcieliśmy skręcić w podwórko z głównej drogi. Tymczasem z góry jechała druga furmanka. Woźnica musiał nieco powstrzymać konie. To wystarczyło. Spojrzał i pojechał dalej. Nasz koń ledwo wjechał na podwórko, przewrócił się i zdycha. Mój ojciec jednak wiedział, co robić, jak urzech zrzucić. Trza było coś od ciała ściągnąć i wytrzeć konia. Gdyby mi ktoś to opowiadał, pewnie bym nie uwierzyła. Ale sama widziałam: koń ożył.

– Pamiętam, jak sąsiad sprzedawał konia. Chciał za niego 2000 zł. Ci, którzy kupowali, powiedzieli, że nie dadzą więcej niż 1800. Nie dogadali się. Kupujący podszedł do wiadra z wodą i napił się. Mój sąsiad nie uszedł daleko i koń zdechł. Ludzie wiedzieli, że jak ktoś rzuci urok, a potem napije się wody lub przejdzie przez wodę, to konia już nikt nie uratuje. Teraz młodzi w to nie wierzą, bo są wychowywani w innych czasach. Wnuka od komputera oderwać nie mogę...

(...)



Więcej przeczytasz w numerze Luty 2013

Jerzy Strączyński
Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.