Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Mariusz Piotrowski
Nathowie

Nathowie

Tegoroczna Kumbhamela, której sceną były wielkomiejskie Nashik i kameralne, spowite mgłą odległej przeszłości Trimbakeshwar – tradycyjnie już w porównaniu z tymi, które odbywają się w trzech innych miejscach, była świętem, powiedzmy, „kameralnym”. A na pewno nie może równać się z tą w Allahabadzie, w której niedawno uczestniczyło, podobno, 100 milionów pielgrzymów.

Ale kilkanaście milionów to i tak ogrom, a główni aktorzy Kumbhameli, czyli sadhu, jogini, asceci rozmaitych tradycji, np. tzw. nathowie, przybyli w pełnym składzie. Bo to, od wieków, ich święto, a pielgrzymi, choć liczeni w milionach, są tu aktorami zaledwie trzeciego planu. Na drugim znajdują się jeszcze wszelakich linii przekazu pandici – będący badaczami najważniejszych ksiąg z wedyjskiej tradycji. O ile jednak na tych drugich podczas Kumbhameli można natknąć się bez najmniejszego wysiłku, gdyż promują się i są promowani często bardzo nachalnie, to żeby spotkać tych pierwszych, trzeba mieć sporo szczęścia.

Mnie spotkało to szczęście. Omijając pomyślnie uczonych w piśmie, trafiłem do najważniejszej w Nashik świątyni – Kalaramy. Od lat unikam wizyt w świątyniach, więc ta była przypadkowa, gdyż znajdowała się na drodze do Ram Kund – ghatów kąpielowych. Wzniesiono ją z końcem XVIII wieku na miejscu poprzedniej, starszej. Kalaram odwiedzałem w przeszłości wielokrotnie i dlatego teraz wepchnął mnie do niej ponownie wyjątkowy zbieg okoliczności. A tam – cały wewnętrzny dziedziniec zamienił się w obozowisko paruset joginów z tajemniczej nawet dla Hin-dusów, pradawnej jogicznej linii tzw. nathów. Zebrały się grupy z całych Indii.

Już moje pierwsze wrażenie było dosłownie odlotowe, gdyż cały dziedziniec spowity był lekką mgłą pochodzącą z wypalanych przez nich rozmaitych halucynogenów, z osławioną w Indiach gandzią na czele. Popalał właściwie co drugi natha, co w tym przewidzianym na tygodnie obozowisku stanowiło swoistą formę medytacji.

Nathów nie sposób spotkać ot tak sobie, a w szczególności w takiej liczbie. Są wędrowcami, przemierzają Indie samotnie bądź w małych grupkach. Przebywając w miastach, ubierają się tak, jak mogłem ich ujrzeć w Nashik – w rozmaite odcienie pamarańczu i czerwieni z dodatkiem czerni. Ale są to stroje, nazwijmy je, wyjściowe. W swoich obozowiskach, najczęściej z dala od wielkich skupisk ludzkich, nathowie są znacznie bardziej swobodni, zwykle bywają po prostu nadzy. Mają długie włosy, często dredy. Z całą pewnością ich nagość nie jest przejawem ekshibicjonizmu. To raczej po prostu ekspresja życia, prostego i niepodlegającego żadnym konwenansom. Uciekają przed egzystencją w społeczeństwie zniewolonym przez setki zasad, nakazów i regulacji.

Początki jogicznej tradycji nathów sięgają prawdopodobnie około tysiąca lat wstecz, chociaż mogą być starsze. Za twórcę tej linii uchodzi Matsjendranath. Najprawdopodobniej jednak był on tylko odnowicielem sięgającej znacznie głębiej tradycji. Ale w historii indyjskiej jogi bardziej znany jest Gorakshanath, jego uczeń, następca, autor kilku zapisanych tekstów. U źródeł świętej rzeki Godawari można trafić do jaskini, w której podobno latami medytował. Jednak w Indiach trzeba zachować dystans do wszelkich opowieści o odległych czasach, gdyż jaskiń, w których medytował „latami” słynny nath jest przynajmniej kilkanaście, więc żeby zagościć aktywnie w każdej z nich, musiałby żyć chyba z kilkaset lat. Podobnie jest też np. z Buddą, któremu przypisuje się tyle słów, mądrości, przypowieści, wszechwiedzy i wszystkiego innego, że zamiast cichego życia w medytacyjnym odosobnieniu musiałby zapewne gadać, gadać i gadać bez końca. Przez sto lat! Jednak jaskinia Gorakshanatha jest zawsze licznie odwiedzana przez pielgrzymów, którzy przy okazji zostawiają tam skromne, acz liczne datki.

Nathowie, a właściwie adi-nathowie, żyją i praktykują swoje techniki mające doprowadzić ich do samorealizacji, nie opierając się o jakiekolwi

Wydanie

Artykuły z tej kategorii

mkl2018
Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.