Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

8/2019 Czwarty wymiar
Jan Matul

argentyński fenomen

W Polsce czci się świętych uznanych przez Kościół. Są jednak kraje, gdzie święci, choć przez Watykan nieuznawani, zostali „wybrani” przez miejscową społeczność. Cieszą się ogromnym szacunkiem, mają swoje sanktuaria. Tak jest w Argentynie, gdzie czczenie tak zwanych świętych ludowych jest powszechne. Cóż z tego, że któryś był awanturnikiem czy „bogiem”, ale futbolu...

Tatuaż ze świętym

Święci uznawani przez Kościół najczęściej sprawiają wrażenie nadludzi – oddawali życie za wiarę, byli gotowi do najwyższych poświęceń, mieli stygmaty, potrafili lewitować czy rozmawiać ze zwierzętami. Oczywiście zwracamy się do nich z prośbami, czasem ktoś się do któregoś pomodli, ale wielu z nich duchowo jest dla nas dość odległych. Tymczasem w Argentynie santos populares, czyli świętych ludowych, prosi się o banalne, czasem nieprzystające do świętości rzeczy (nowy samochód, ba, nawet kochankę), częstuje papierosem lub alkoholem, a ich wizerunki tatuuje się na ciele. Święty ludowy jest z ludu, takim pozostał po śmierci, choć wierzy się, że ma bliski dostęp do Boga i potrafi różne rzeczy „załatwić”. Ma zdecydowanie lepsze rozeznanie społeczne od europejskich świętych, zna ludzkie słabości, potrafi rozgrzeszyć z wad, dajmy na to kogoś, kto kradnie, gdyż wie, że można tak zrobić np. z głodu. Jeśli ktoś ukradł z takiej przyczyny, nie z żądzy posiadania, w oczach takiego Gauchito Gila na pewno nie uczynił strasznego występku, on robił podobnie, zrozumie więc takie zachowanie, może nawet mu przyklaśnie. Wierzący wybierają go dlatego, że w nim widzą swoje, nie zawsze przykładne, oblicze. Kult santos populares zaczyna się w momencie ich tragicznego odejścia z tego świata, najczęściej w młodym wieku. Ktoś się do któregoś z nich pomodli i to „zadziała”, powie  o tym znajomym, powstaną piosenki, legendy, potem kapliczki. Stąd już prosta droga do nadruków na koszulkach i sanktuariów, do których ściągają tłumy wyznawców. W Argentynie, a konkretnie na argentyńskiej prowincji Buenos Aires, jest takich świętych zaskakująco wielu (na drugim miejscu w klasyfikacji ludowych świętych znajduje się leżące po sąsiedzku Chile, na trzecim kolejny sąsiad, Urugwaj).

Największym poważaniem cieszą się Difunta Correa i wspomniany Gauchito Gil, którzy doczekali się nawet wersji lalek ze swymi podobiznami, wzorowanych na Barbie i Kenie, ale wymienić trzeba jeszcze Ceferina Namuncurę czy Miguela Angela Gaitana. Tak naprawdę są ich dziesiątki: La Telesita, Carballito, El Senor de la Pena, Juana Figueroa, Pedrito Hallado, Juan Bautista Vairoleto, Jose Carrizo, Victor Manuel „Front” Vital, długo by wymieniać. Argentyńczycy kochają swoich świętych ludowych, przykładem chociażby Evita Peron czy tragicznie zmarła gwiazda popu Gilda, są częścią ich tradycji i popkultury, a ich groby odwiedza się czasem częściej niż kościoły. W ostatnim czasie swojego kościoła doczekał się nawet Diego Armando Maradona.

Moc matczynej piersi
Difunta Correa tak naprawdę nazywała się Deolinda Maria Antonia Correa, Difunta oznacza po prostu „zmarłą”. Jest w kraju pampasów świętą ludową, której kult zaczął się już blisko dwa wieki temu. I sięga aż do Urugwaju i Chile, choć trzeba przyznać, że ogranicza się do terenów przygranicznych. Kiedy przyszła na świat, nikt nie wie. Wiadomo za to mniej więcej, kiedy z tego świata odeszła – w latach 40. XIX wieku. Jej wcześniejsze życie nie ma jednak dla wierzących w jej moc szczególnego znaczenia. Wszystko, co najważniejsze, rozegrało się w ostatnim roku jej żywota. Wtedy to jej mąż Baudilio/Clemente Bustos został zwerbowany do wojska podczas wojny domowej. Na froncie zachorował, był w fatalnym stanie. Jego towarzysze, tak zwani Montoneras (były to oddziały chłopskie, które swego czasu, jako bojówki paramilitarne, odegrały sporą rolę w trakcie wojny o uniezależnienie się Argentyny od rządów hiszpańskich), pozostawili go samemu sobie. Kiedy Deolinda dowiedziała się o tym, zabrała ich małego synka i wyruszyła na poszukiwania małżonka (jedna z wersji legendy mówi, że miała jesz...

Wydanie

W najnowszym numerze

8/2019
Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.