Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Ciało umysł dusza

Paweł Szlachetko

Siedlisko duszy

800px-The Hasty_BurialStrach przed tym, żeby nie zostać pochowanym żywcem, towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Kilkudniowe okresy żałoby, poczynając od starożytności, były niczym innym, jak czasem upewniania się, że daną osobę można zacząć opłakiwać (tudzież dzielić się pozostawionym przez nią spadkiem).

Medycyna, która rozpoczęła swój triumfalny pochód od XIX wieku, postanowiła definitywnie ustalić moment przejścia na (podobno) tę lepszą, drugą stronę istnienia. Jednak szybko okazało się, że nie jest to tak łatwym zadaniem, jak początkowo przypuszczano.

Lekarze od zawsze spierali się o moment, w którym można określić, że ktoś odszedł już z tego świata. Nigdy nie miano pewności, że czas ten nadszedł i można zająć się uroczystościami pogrzebowymi. Wynaleziony w XIX wieku stetoskop był równie czuły co trąbka medyczna, więc i on nie pozwalał definitywnie wykryć oznak życia. Pewien walijski lekarz, Jan Bondeson, zebrał ówczesne sposoby ustalenia momentu śmierci i opublikował je w książce Buried Alived (Pochowani żywcem). Z technik stosowanych w tamtych czasach warto przytoczyć takie jak: krojenie stóp brzytwą, trąbienie na rogu prosto do ucha denata czy też czynienie wokół nieboszczyka „znacznego hałasu i odrażających pisków”.

Pewien francuski duchowny, żeby potwierdzić czyjś zgon, zalecał wpychanie rozgrzanego do czerwoności pogrzebacza w odbyt denata. Inny medyk znad Sekwany wymyślił specjalny zestaw kleszczy do sutków (męskich i damskich), które, odpowiednio zaciskane, powodowały „nieznośny ból”. W jednym ze szwedzkich traktatów z XIX wieku zalecano nawet wkładanie do ucha nieboszczyka insektów. Natomiast Anglik, Jacob Winslow, radził pokrapianie nieboszczyka gorącym lakiem lub wlewanie mu do ust ciepłej uryny.

Pomysłowość ówczesnych medyków nie miała granic. Francuski lekarz Jean Baptiste Vincent Laborde gorąco polecał wynalezioną przez siebie technikę. Oto opracowane przez niego urządzenie doczepiało się do języka denata. Maszyna przez kilka godzin wysuwała, to znów wsuwała go do jamy ustnej. Po takim zabiegu lekarz mógł z pewnością stwierdzić, że nieboszczyk nie wróci już do żywych i spokojnie można wypisać akt zgonu.

Mimo tych „sprawdzianów” żywotności, ludzie nadal nie mieli stuprocentowej pewności, że ich bliscy (a w przyszłości oni sami) nie przebudzą się zamknięci w trumnie metr pod powierzchnią ziemi. Może dlatego w Anglii zaczęto umieszczać przy grobach specjalne dzwonki, które łączono linkami z dłonią nieboszczyka. Gdyby ten (nie daj Bóg) obudził się w grobie, mógł o tym powiadomić znajdujących się na powierzchni, pociągając za ów sznurek. Ponieważ tego typu alarmy prowokowały żartownisiów, londyńscy grabarze złożyli oficjalny protest po tym, jak kilkanaście razy daremnie rozkopali świeże groby. Mimo to na niektórych cmentarzach nagrobne dzwonki funkcjonowały aż do początku XX wieku.

Przedpogrzebowe poczekalnie

Mimo wielkiej pomysłowości żadna z powyższych technik nie znalazła powszechnej akceptacji. Nikt z przyszłych zainteresowanych nie miał najmniejszej ochoty, by badano, czy aby na pewno umarł, za pomocą rozpalonego do czerwoności pogrzebacza czy buszujących w uchu insektów.

W poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania zaczęto budować przycmentarne kaplice. Tam umieszczano zwłoki w wannach. W purytańskich Niemczech były nawet „poczekalnie” osobno dla kobiet i mężczyzn. W końcu przebudzenie się w towarzystwie osobnika innej płci mogłoby spowodować, jak sugerowano, zbyt duży wstrząs psychiczny i doprowadzić delikwenta do... przedwczesnej śmierci.

Niejednokrotnie wielkie sale były bogato zdobione. Jeśli nieboszczyk był majętny, żelazne wanny zastępował marmur oprawiany w brąz. Choć w owych poczekalniach (zwłaszcza latem) był nieznośny fetor, to specjalnie zatrudniony personel kilka razy dziennie sprawdzał, czy jakaś dama lub gentleman nie dają oznak życia. Kiedy kontrolujący po kilku dniach stwierdzał na ciele nieboszczyka właściwe śmierci stygmaty (częściowy rozkład), rodzina mogła ze spokojem organizować uroczystość pogrzebową. Ponieważ od momentu założenia owych poczekalni aż do 1940 nie odnotowano przypadku przebudzenia się zmarłego, owe przybytki odeszły w całkowite zapomnienie.

21 gramów... a może 6

W tamtych latach zaczęto też zadawać sobie pytanie, w jakich sposób w momencie śmierci dusza ulatuje z człowieka? I, co to w ogóle takiego jest?

Ponieważ dla współczesnych dusza miała czysto materialny charakter, zadano sobie pytanie, czy owo COŚ ma ciężar. I tak w 1907 roku amerykański lekarz, MacDougall, rozpoczął serię badań z umierającymi, kładąc ich na stole z czułą wagą. Porównując ciężar ich ciał „przed” i „po” śmierci medyk odkrył, że w czasie zaledwie kilku sekund ciało traci kilkanaście gramów. A oto fragment zapisków MacDugalla z jednego z eksperymentów: „Po upływie trzech godzin i czterdziestu minut wyzionął ducha i nagle, równocześnie ze śmiercią, wskaźnik wagi opadł w dół ze słyszalnym uderzeniem w ogranicznik podziałki i pozostał tam, nie wracając na swe poprzednie miejsce. Spadek ciężaru wyniósł, ponad wszelką wątpliwość, dwadzieścia jeden gramów”.

Zaintrygowani owymi „badaniami” inni europejscy patolodzy przeprowadzili podobne eksperymenty. Po kilkunastu miesiącach i zebraniu wyników badań z kilku krajów ostatecznie orzeczono, że dusza waży… sześć gramów.

Oczywiście przy tej okazji nie omieszkano sprawdzić, czy zwierzęta również posiadają duszę. Jednak badania wykazały ponad wszelką wątpliwość, że w momencie zgonu wskaźniki na wagach nawet nie drgnęły. Potwierdziło to dotychczasowe przypuszczenie, że duszę posiadają tylko ludzie, dzięki czemu mogą oni ubiegać się o niebieskie fawory.

Artykuły z tej kategorii

  • Biała czarownica – Anja Orthodox

      O drugiej stronie rzeczywistości, przeczuciach, kontakcie ze zmarłymi, twórczości, wyczuwaniu myśli i emocji, ważnych spotkaniach…

    Czytaj więcej...

  • Fenomen jasnowidza

    Dla jednych jasnowidze to zwykli hochsztaplerzy, którzy wykorzystują ludzkie dramaty, by uzyskać medialny rozgłos. Inni patrzą na nich z uśmiechem politowania, jak na niegroźnych wariatów, którzy starają się pomóc, lecz są całkowicie nieskuteczni. Ale są również i tacy, którzy patrzą na ich działania najzupełniej poważnie. Pośród tej grupy znajdują się osoby, których nigdy nie posądzilibyśmy o brak racjonalizmu czy zwykłego trzeźwego myślenia.…

    Czytaj więcej...

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.