Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Człowiek wszechświat

Mariusz Piotrowski Mariusz Piotrowski

Jogini i hipnotyzm

Shrimali Dutt NarayanPo artykule, jaki około dwóch lat temu ukazał się w „Czwartym Wymiarze”, a który poświęcony był m.in. mojemu krótkiemu spotkaniu w mieście Jodhpur z nieżyjącym już dzisiaj panditem Narayanem Dutt Shrimalim, wybitnym tantrykiem, a przede wszystkim kontynuatorem bogatej tradycji indyjskiego hipnotyzmu, spotkała mnie wielka niespodzianka – zostałem zaproszony na kilkumiesięczny kurs hipnotyzmu tantrycznego do szkoły prowadzonej dzisiaj w Jodhpur przez jego synów.

Stało się tak za sprawą jednego z uczniów doktora Shrimaliego, który „wygooglował” w sieci mój artykuł, przy pomocy translatora przetłumaczył na angielski, no i chyba jednak przeczytał. Stało się to około rok po publikacji, a teraz przyszło na mój adres zaproszenie do szkoły. Co prawda kurs jest długi i żeby z niego skorzystać musiałbym mocno pozmieniać swoje plany zawodowe, ale kto wie... Perspektywa zostania mesmerystą jest nawet całkiem ekscytujaca...

Hipnotyzm indyjski ma długą tradycję i wywodzi się z jogi. Jogini podczas swoich rygorystycznych praktyk medytacyjnych wchodzili w ich finale w głęboki stan medytacji, zwany samadhi, a posługując się językiem współczesnym, w stan głębokiej autohipnozy. Tracili w tym stanie świadomość istnienia otoczenia oraz swojego ciała. I oczywiście, „nawiązywali” kontakt z Absolutem. Był to stan kataleptyczny, w jakim mogli przebywać, bez jedzenia i picia, nawet tygodniami. Zanim jednak opanowali wchodzenie w stan samadhi, ćwiczyli sztukę koncentracji.

Ćwiczenia te, zwane tratak (lub trataka), miały mnóstwo odmian polegających na nieprzerwanym, trwającym od kilku minut do nawet kilku godzin patrzeniu na wybrane obiekty i przedmioty. Praktykowano patrzenie na obiekty odległe, np. Słońce, jak i bliskie, np. płomień świecy bądź figurka będąca przedmiotem kultu religijnego. Były to techniki zewnętrzne, polegające na patrzeniu szeroko rozwartymi oczami bez mrugania. Przeciwieństwem ich były ściśle medytacyjne praktyki wewnętrzne, polegające na wyobrażaniu sobie patrzenia, przy zamkniętych oczach, przez punkt znajdujący się między brwiami, czyli przez tzw. mistyczne trzecie oko. Praktykujący doznawali podczas tych ćwiczeń najrozmaitszych wizji, które, niekiedy, po próbie ich zwerbalizowania stawały się żyjącymi własnym życiem opowieściami o rozmaitych bóstwach.

Praktyki tratak uzupełniane były praktykami pranayamy, mającymi na celu nasycenie ciała siłą życiową, czy, inaczej mówiąc, energią praniczną. Skutkiem takich ascetycznych praktyk było przepełnienie ciała, a w szczególności oczu, niezwykle silną energią, którą możemy nazwać np. magnetyzmem. A w następstwie tego rodziła się u praktykujących zdolność do hipnotyzowania. I to hipnotyzowania wyłącznie przy pomocy samego spojrzenia, bez współczesnej hipnotycznej paplaniny. Dojście jednak do takiej umiejętności wymagało długotrwałej praktyki.

To, że są w stanie hipnotyzować, jogini zauważyli, sami będąc obserwowani przez innych. Pogrążony w samadhi jogin, siedząc w lotosie i wykonując tułowiem powolne i nieznaczne ruchy kołowe, był w stanie wprowadzić w trans obserwujących go. Żeby przekonać się o tym, wystarczy spotkać się z takim prawdziwym joginem i posiedzieć przy nim podczas jego głębokiej medytacji. Nastrój medytacyjny udziela się obserwującym prawie natychmiast i mówi się wtedy, że w obecności prawdziwego mistrza medytacji prawie automatycznie się medytuje. Takie hipnotyczne misterium odbywa się w ciszy, bez słów. Sam wielokrotnie obserwowałem, jak mój mistrz medytacji zaledwie samym spojrzeniem „załatwiał” rozmaite sprawy. Przy okazji warto może dodać, że hipnotyzujące spojrzenie wcale nie jest spojrzeniem z szeroko rozwartymi oczyma, lecz jest to raczej spojrzenie-niespojrzenie, błąkające się gdzieś w okolicy między brwiami hipnotyzowanego. Wspomniany na początku mistrz z Jodhpur słynął z takiego właśnie spojrzenia. Trzeba tu jednak dodać, że mimo spędzania niemal każdego dnia na udzielaniu pomocy i porad innym, nigdy nie zaniedbywał praktyki medytacji i ćwiczeń koncentracji. Poświęcał im na ogół noc i godziny przed świtem.

Wiedza o fantastycznych dokonaniach indyjskich hipnotyzujących joginów i fakirów dotarła na Zachód dzięki Anglikom, którzy wJames Esdaile XVIII i XIX stuleciu władali Indiami. Pracowali oni dla wszechwładnej wówczas Kompanii Wschodnioindyjskiej. Powracając do ojczyzny, przywozili zapierające niekiedy dech w piersi opowieści o joginach i o ich mocy wpływania na innych. Historie te zainspirowały wielu do zainteresowania się indyjską jogą, medytacją i okultyzmem. Jednym z takich bezgranicznie zafascynowanych cudownym światem indyjskiej jogi był działąjący w pierwszej połowie XIX wieku szkocki chirurg James Braid, któremu zawdzięczamy pojęcie „hipnoza”, określające stan sennego transu, w jaki jogini byli zdolni wprowadzać innych. Szkocki chirurg sam sporo medytował, praktykował asany jogi i jako pierwszy na Wyspach podjął się próby wykorzystania już „swojej” hipnozy w przeprowadzaniu zabiegów medycznych. Z Anglli zainteresowanie hipnozą przeniosło się na resztę kontynentu, gdzie już wcześniej budziły ciekawość dokonania francuskich messmerystów, czyli kontynuatorów słynnego magnetyzera Franciszka Antoniego Mesmera. Mesmer i inni „magnetyzowali”, Anglicy „hipnotyzowali”, a wszyscy oni praktykowali to, co już wcześniej zyskało bogatą tradycję w Indiach, czyli sztukę wpływania na innych.

Artykuły z tej kategorii

  • Cud w Sokółce

    W październiku 2008 roku w kościele św. Antoniego w Sokółce na Podlasiu miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Upuszczona na ziemię hostia przemieniła się w kawałek ludzkiego serca. Komisja kościelna nie odnalazła śladów ingerencji człowieka. Teraz musi to potwierdzić Stolica Apostolska. Jeśli Watykan uzna owo wydarzenie za cud, będziemy mieli w Polsce nowe miejsce kultu, do którego zaczną zjeżdżać pielgrzymki z całego świata.…

    Czytaj więcej...

  • Dwie damy i warchoł

    Leżący na wschód od Rzeszowa zamek w Łańcucie co roku przyciąga licznych turystów, zafascynowanych wspaniałymi wnętrzami i bogatą ekspozycją muzealną. Zazwyczaj porządny zabytek, oprócz burzliwej i skomplikowanej historii, posiada własnego ducha. W Łańcucie ukazują się co najmniej trzy, w tym jeden duch-włamywacz.…

    Czytaj więcej...

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.