Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Duchy Zjawy Widma

Katarzyna Enerich

Widok z austerii

opowiesci duch

 

Arno Surminskiemu

Miał stary Frank Samulski swoją austerię. Ludzie mówili na nią - karczma zajezdna albo gościniec. On jednak mówił po staremu. Pracował w niej, bywało, do świtu. Czasem pomagała mu żona Emma. Mówiła mu wciąż, że nie lubi siedzieć z pijakami, ale i tak codziennie przecierała stoły i zydle, poprawiała pościel w alkierzu i sprawdzała, czy woda do mycia w dzbanie jest świeża.

Dawniej, gdy stary Samulski nie był jeszcze taki stary, do jego austerii zajeżdżali co rusz podróżni. Mogli tu zostawić konie, a Bruderek, zwany we wsi złotą rączką, naprawiał za drobną opłatą uszkodzone w podróży wozy i bryczki.

- Karczma to serce wsi – mówili goście, stukając się kuflami z piwem.

- Austeria. Za dawnych czasów mówiło się austeria i niech tak zostanie – poprawiał cierpliwie Samulski.

Wódka podawana w karczmie doprawiana była anyżem, bo miała gorzki i nieprzyjemny smak.

- Coś w tej gorzelni robią nie tak. – Narzekali czasem goście. Chętnie jednak wlewali w siebie ten przezroczysty płyn, zapijali piwem, odmawiając choćby plastra słoniny, a przecież wiadomo, że lepiej się pije pod tłuste.

Emma wracała do izby mieszkalnej nocą, gdy goście karczmy położyli się już na glinianych podłogach przykrytych sianem albo zasnęli na ławach. Na bogatszych, tych z dalekich stron, czekała w alkierzu świeża pościel i poranna kawa, zaparzana w ceramicznej kawiarce, przywiezionej z Niemiec.

W sieni karczmy wisiał sznur. Ludzie we wsi mówili, że w każdej szanującej się karczmie sznur powinien być! Na dodatek taki, na którym ktoś się powiesił. Wisielec przyniesie karczmie szczęście, ludzie nie będą jej omijać, a pieniądze popłyną wartko do kieszeni karczmarza. Samulskiemu zależało na tych pieniądzach, więc jak tylko we wsi powiesił się z samotności i dziwnej choroby umysłu ten Zambrowski spod lasu, Frank zaraz pobiegł tam i sznur zabrał, zanim go ludzie spalili.

Powiesił go zaraz w sieni na gwoździu. Wisiał tam samotny, jak… wisielec.

Karczma należała do dziedzica. Samulski miał ją w arendzie i musiał co roku rozliczać się z trunków, które brał z gorzelni. Za resztę płacił ryczałtem. Mimo sznura w sieni, gości ubywało. Dobrze, że Emma tkała płótna, które sprzedawała w aptece w Sensburgu.

Czyżby wszyscy się zmówili i przestali nagle podróżować? – myślał Samulski. A przecież podróże są naturalnym odruchem, człowiek wciąż chce się przemieszczać, oglądać coś nowego. Dlaczego właśnie teraz ludzie zakorzenili się w swoich domach, wsiach, ojczyznach? Jakby nagle wędrowne ptaki zamieniły się w przywiązane do ziemi porosty.

Samulski patrzył przez okno, wspominając dobre czasy, kiedy to jego austeria rozbrzmiewała ludzkimi głosami i szczękiem kufli. Widok z okna miał piękny – rozległe pola, zakończone krawędzią lasu. Każdej wiosny żurawie odprawiały tu misterium godów.

Zima czterdziestego piątego dokuczyła wszystkim. Do austerii już prawie nikt nie zaglądał, czasem tylko przyjechał jakiś zbłąkany podróżny, przespał się na sianie i wyjeżdżał o świcie. Ludzie we wsi mówili, że czasy się zmieniają, a Bruderek nawet dodawał:

- Koniec świata idzie, ot co.

Którejś nocy Samulski miał sen. Przyszedł do niego miłosierny Bóg i podał mu wisielcowy sznur.

- Uciekaj z nim do lasu – powiedział.

Samulski zbudził się zaraz, przetarł oczy i dotknął Emmę.

- Sen miałem. Musimy uciekać. Bóg powiedział, żeby do lasu.

- Gdzie ty będziesz tam szedł, toć ciemno jeszcze?! – wysapała Emma spod pierzyny.

Nie dawał mu ten sen spokoju. Jak tylko świt rozjaśnił śnieżne pola, zabrał Samulski sznur z sieni i poszedł. Las przywitał go chmurny i cichy. Frank szedł wolno, rozgarniając krzaki i potykając się o nie co chwila, aż wreszcie przewrócił się całkiem, zaczepiając sznurem o jakiś konar. Leżał chwilę nieruchomo, sprawdzając, czy sobie niczego nie złamał, po czym podniósł się z ziemi z głośnym sapaniem. I wtedy w oddali zobaczył leśną chatkę, opuszczoną przez ludzi i Boga.

Dotknął klamki, drzwi otworzyły się i zaprosiły do izby. Zaraz przy niej była czarna kuchnia, za nią komora. To wszystko.

„To chyba tu Bóg kazał mi się ukryć” – pomyślał Samulski.

I wrócił do wsi. Na drodze wyczuł jakiś niepokój. Zauważył, że z komina jego austerii nie leci dym.

- Co się stało? – spytał żonę, czekającą na progu.

- Ludzie ze wsi uciekają! Koniec świata idzie! – wykrzyknęła.

- To i my uciekać musimy. Bóg we śnie mi dobrze powiedział.

Spakowali tyle, co zdołali unieść, zamknęli karczmę i poszli w las, choć ludzie szli w odwrotnym kierunku.

- Nigdzie po świecie błąkać się nie będziemy. Za stary jestem, żeby się po próżnicy włóczyć. Przeżyliśmy tyle, to i ten koniec świata też. – Mówił Samulski, a Emma tylko mu przytakiwała.

I zamieszkali w leśnym domu. Frank codziennie przynosił drewno, a Emma rozpalała ogień i gotowała kapustę lub kaszę z zapasów, które zabrali ze sobą.

Zima trwała i trwała, śnieg topniał i zasypywał ich dom od nowa, Samulski codziennie wyglądał przez małe okienko i wspominał piękny widok z jego austerii.

- Może już wrócimy? – pytała Emma, ale on kręcił wciąż głową. Bóg nie przyśnił mu się przecież po raz drugi, nie powiedział: wracaj, stary Franku, do swojego domu.

- Jeszcze nie czas – uspokajał żonę.

Któregoś dnia, zniecierpliwiony brakiem przesłania od Boga, poszedł do wsi. Zobaczył popalone domy. Po ich austerii zostały tylko fundamenty. Nie było już tamtego widoku z okna, ani ceramicznej kawiarki. Spłonęła pościel dla gości, i zydle, i stoły.

Z pękniętym sercem wrócił stary Samulski do lasu. Żonie nie opowiedział o tym, co zobaczył.

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.