Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Duchy Zjawy Widma

Weronika Michalska

Meldunek z...

opowiesci duch- Co za wandale - pomyślałam, kiedy otworzyłam drzwi do łazienki, w mieszkaniu do którego wreszcie dostałam klucze. Przypuszczałam, że zrobiła mi to na złość rodzina poprzedniego lokatora. Nie zajęli lokalu, za to paskudnie go zniszczyli.

Rozbity sedes smętnie leżał na ocalałym prawym boku, zaś wysoki brodzik wyrwany ze ściany wraz z kawałkiem muru ledwie „wisiał” w powietrzu. Jedynie zasłoniete nie pierwszej czystości ręcznikiem lustro trwało na posterunku, mocno zamontowane w ścianie nośnej.

Trzy miesiące wydeptywałam progi wydziału d/s lokalowych, aby uzyskać przydział na to mieszkanie. Stało puste już od roku. Od znajomych dowiedziałam się, że człowiek, który tam mieszkał wpadł pod pociąg... Chociaż dostałam przydział, jego szwagier, u którego znajdowały się klucze, nie kwapił się, by je przekazać do administracji.

Jak mniej więcej wygląda mieszkanie i jaki ma rozkład, zorientowałam się, dzięki życzliwości sąsiadów. Po prostu zaprosili mnie do siebie.

Na klamce przydzielonego mi lokalu wisiał czarny różaniec, a we framugę drzwi zatknięty był obrazek z Najświętszym Sercem Jezusa. Sąsiadki dały mi dyskretnie do zrozumienia, że pan Robert nie wpadł ot tak sobie pod koła pociągu, tylko zrobił to z rozmysłem... Ja nie drążyłam tematu....

Znajomi poradzili, by dokładnie zeskrobać ściany, sufit, wycyklinować podłogi, aby pozbyć się wszelkich śladów energetycznych po poprzednikach. Ekipa fachowców uporała się sprawnie ze wszystkim. Łazienka w niczym nie przypominała tego ponurego pomieszczenia, które ujrzałam po raz pierwszy.

Pewnego dnia pomyślałam, że choć nie znałam tego człowieka, powinnam dać na mszę za spokój jego duszy. Wieczorem paliłam w jego intencji świeczkę i odmawiałam modlitwę za dusze zmarłych, której nauczyła mnie w dzieciństwie babcia. Jakiś wewnętrzny głos kazał mi to robić, choć wcale nie byłam pobożną osobą.

Potem życie potoczyło się swoim torem... Zapomniałam o tym samotnym i jak wynikało z relacji sąsiadów, chyba nieszczęśliwym człowieku.

Na kilka dni przyjechała do mnie przyjaciółka na stałe mieszkająca we Włoszech. Musiałam pilnie coś załatwić i zostawiłam ją samą w domu.

- Santa Madonna! - wykrzykiwała od progu, kiedy wróciłam. - Ty mnie nigdy nie zostawiaj tutaj samej. O Boże! Co ja tutaj przeżyłam!

- Co takiego - nie ukrywałam zdumienia.

Trzymając prawą dłoń w okolicy serca, zaczęła opowiadać:

- Ty wyszłaś, a tu w kuchni rozległ się okropny huk. Poszłam zobaczyć, a tam wszystkie garnki, które umyłaś, spadły z szafki i znalazły się na podłodze. Podniosłam je i ustawiłam tak, jak stały. Wróciłam do pokoju, nagle słyszę wyraźne kroki. Takie ciężkie, męskie stąpanie... Za chwilę rozległo się sapanie, potem rzężenie, jakby ktoś się dusił... Przypominałam sobie wszystkie modlitwy, jakie znałam i szeptałam aż do twojego powrotu.

- No to jesteś prawie święta - roześmiałam się.

- Ty nie żartuj! Ja naprawdę słyszałam te kroki już wczoraj. W nocy. Ale myślałam, że ty masz w swoim pokoju jakiegoś kochasia...

- To dlatego rano byłaś taka zdziwiona, że nie zobaczyłaś żadnego amanta - wybuchnęłam śmiechem - Wydawało ci się Aniu - uspokajałam ją. - Pewnie do sąsiadki z góry przyjechał ojciec. On tak ciężko chodzi. A garnki? Może źle postawiłam, a może był przeciąg. Zawsze miałaś bujną wyobraźnię... Przecież mieszkam tu już ponad rok i nigdy nic nie słyszałam...

Mimo to Anna przez cały pobyt, nie została ani przez chwilę sama w domu. Ze spaniem również przeniosła się do mojego pokoju na kanapę. Nie chciała wygody i osobnego pokoju.

Wkrótce zapomniałam o tym. Za pasem było Boże Narodzenie. Miała mnie odwiedzić siostra z narzeczonym. Szukałam prezentów, smakołyków. Wpadłam zziajana do domu i zabrałam się za świąteczne porządki.

Na Wigilii gościłam rodzinę i przyjaciół oraz jak go przedstawiłam: „mężczyznę mojego życia”. Bogdan pożegnał się i wyszedł razem z innymi, bo prosto ode mnie jechał do matki, która mieszkała pod Warszawą.

Przy śniadaniu narzeczony mojej siostry nie wytrzymał i wypalił:

- Ta maskarada z pożegnaniem to była dla znajomych, prawda?

Teraz ja z kolei spojrzałam na niego, jakby urwał się z choinki i powiedziałam:

- Nie mam pojęcia o czym mówisz!

- No o twoim Bogdanie. Niby to się pożegnał, niby gdzieś tam miał jechać, a potem wrócił przecież...

- Oszalałeś? Kiedy niby wrócił...

- Nie rób z nas idiotów! - odezwała się siostra - Przecież chodził po kuchni, dość długo tłukł się w łazience. Nawet myślałam, że coś mu się stało, bo wyglądał na wysportowanego osobnika, a w nocy człapał jak stary dziad...

- O czym wy mówicie? Na Boga! Nikogo poza nami nie było w mieszkaniu. Proszę, tu macie telefon, możecie zadzwonić do jego matki i poprosić go do aparatu... Zresztą będzie na kolacji.

- To jego naprawdę nie ma u ciebie - wytrzeszczyła oczy siostra i pędem puściła się do pokoju, w którym spałam, - Rzeczywiście nikogo nie ma - wróciła do stołu zawiedziona...

- No to w takim razie, kogo myśmy słyszeli? - zatrwożył się jej narzeczony.

- Pewnie ducha poprzedniego lokatora - odparłam spokojnie. - Podobno wpadł pod pociąg. Może chciał Wigilię spędzić w swoim ziemskim mieszkaniu...

- Ależ ty masz makabryczne poczucie humoru - wzdrygnęła się siostra.

Wieczorem uważnie przyglądali się Bogdanowi. Nasłuchiwali jego kroków, kiedy szedł do kuchni parzyć kawę czy herbatę. Żeby rozwiać ich wątpliwości, zatrzymałam go na noc.

Nazajutrz rano siostra wywołała mnie do kuchni.

- To rzeczywiście nie Bogdan. Tamten chodził ciężko i sapał jakby miał astmę.

- Jaki tamten - parsknęłam śmiechem.

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.