Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Miejsca mocy

Agnieszka Kawula

Bilet do nieznanego

Zdjecie017Zasiadam przed komputerem z filiżanką zielonej herbaty, pierniczkami babcinej roboty i sercem pełnym wspomnień. I choć wydaje mi się, że nie sposób ubrać w słowa tego, co Wszechświat mi ofiarował w czasie mojego pobytu w Indiach, to spróbuję opowiedzieć o tym, jak odnalazłam dom.

Kilka miesięcy przed wyjazdem peruwiańska szamanka Inirabi powiedziała do mnie: „Byłaś już w Indiach? Jedź. Poczujesz się tam jak w domu”. Wtedy nie wiedziałam, że jej przepowiednia spełni się dosłownie, że w tym kraju znajdę prawdziwą rodzinę, rodzeństwo, przyjaciół, miłość, nauczyciela, radość. Po prostu dom, jakiego nigdy nie miałam.

Do Indii wyleciałam 9 stycznia. Wsiadałam do samolotu pełna obaw, z obolałym ciałem i sercem. Do Polski wraciłam 24 lutego. Wysiadałam w Warszawie na lotnisku ze łzami tęsknoty w oczach, kwitnącym ciałem i tętniącym życiem sercem, pełnym miłości, jaką otrzymało.

Łyk herbaty w ramach przerwy między słowami… Wzruszenie ogarnia mnie na samą myśl o Indiach. A miałam polecieć na Hawaje… Jakiż los jest przewrotny i wola Boga nieprzenikniona… Wszystko ma swoją kolej…

Pierwszy etap podróży to aśram mistrza oświeconego Janglidasa, którego wszyscy nazywają Babaji. Dwa tygodnie ciężkiej pracy. Niby nic, wystarczy tylko siedzieć i być, a jednak to duży wysiłek. Dotychczas medytacja w moim wykonaniu kończyła się po góra godzinie siedzenia na poduszce. A tam było tego dużo więcej, bo około 7 godzin dziennie. Nie non stop, ale dla mnie to i tak była droga przez mękę. Moje ciało zostało totalnie zmiażdżone, bolała mnie każda komórka. Odczuwałam ból przy najmniejszym ruchu. Moje zdziwienie, a nawet rozczarowanie były ogromne. Nie jestem osobą, która nie dba o siebie, nie ćwiczy i zapomina o ciele. Wręcz przeciwnie! Swoją Świątynię oczyszczam od ładnych paru lat. Pamiętam, jak pierwsze warstwy starego brudu odpadały z wielkim impetem, po pewnym czasie filary zaczęły nieśmiało błyszczeć, ale i tak gdzieś w fundamentach pozostało dużo szlamu do odgarnięcia. I on najmocniej mi dokuczał w trakcie pobytu u mistrza. No bo jakże skupić się na środku, kiedy zewnętrze boli? Narzuciłam sobie ogromny rygor, wykonałam ciężką pracę i spodziewałam się szybkich efektów. W zamian zafundowałam sobie frustrację i więcej bólu…

Uparty ze mnie człowiek, czasem sama siebie zadziwiam, jak bardzo. Nie poddawałam się więc… I to był mój błąd. Walczyłam sama ze sobą, z ciałem, które odmówiło przyjmowania pokarmu, z mięśniami, które pulsowały przy każdym minimalnym ruchu, z umysłem, który zasypywał mnie starymi schematami i myślami z epoki, kiedy wszystko w moim życiu było czarne. Walczyłam też z tym, co oferował Janglidas. A dawał siebie, swoją milczącą obecność. W oczach mistrza można zatracić się bez reszty i pływać z ufnością po nieskończoności jego uważności wypełnionej po brzegi bezwarunkową miłością. A ja? Ciągle stawiałam pytania, które pozostawały bez odpowiedzi, bo nie potrafiłam słuchać. Kwestionowałam wszystko, każde zalecenie mające mi rzekomo pomóc…

Aż przyszedł dzień, w którym opór stał się bezsensowny. To było w świątyni, w czasie śpiewania badżanów o godzinie siódmej. Ogarnęło mnie niezwykłe wzruszenie i towarzyszyło do końca dnia. Łzy płynęły mi przedziwnie: raz z jednego oka środkiem, potem z drugiego kącikiem spływały strumienie, po chwili dwa wodospady kończyły żywot na białej sukni. I płacz oczyszczał najstarsze fundamenty i wpuszczał tam nieśmiałe przebłyski światła. Kiedy wyszłam ze świątyni zapłakana i dużo lżejsza, mój wzrok padł na starą Hinduskę. Popatrzyła na mnie, uśmiechnęła się, pokazała ręką słońce dumnie jaśniejące na niebie i powiedziała coś w swoim języku. I nie trzeba było tłumacza, bo tu serce do serca zdawało się mówić: „Dziecko, nie martw się, nie warto już płakać, zobacz, jaki piękny, nowy dzień się zaczyna”.

Tego wczesnego styczniowego poranka coś we mnie pękło, rozłożyłam ręce i poddałam się czemuś, czego nie rozumiem, ale mam świadomość, że jest. Poddałam się Sile, która napędza każde istnienie i zdaje się, że wie, co robić, dużo lepiej ode mnie. Od tego dnia jak mantrę powtarzam: „Niech będzie wola Twoja, nie moja”. I modlę się o to, żeby nie zapomnieć, żeby ufać, żeby być coraz uważniejszą na samą siebie.

Po dwóch tygodniach czas było ruszyć w dalszą drogę. Uczę się tego, że moje życie gna do przodu, czy tego chcę, czy nie. Pojawiają się w nim nowi ludzie i je opuszczają. Miejsca, które początkowo wydawały się być totalnie nie dla mnie, po chwili stają się bliskie i idąc dalej, zraszam je łzami tęsknoty i wdzięczności. Pokochałam aśram Janglidasa, ludzi, którzy tam mieszkali, energię miłości i szacunku dla tego, co odmienne, pokochałam zimno w nocy i chłodną wodę o poranku, pokochałam wszechobecny kurz i hałas dobiegający z budowy budynku szkolnego. Pokochałam i odjeżdżając, zostawiłam tam kawałek siebie, choć bardzo chciałam zostawić całość. Ruszyłam w nieznane, ku kolejnej odsłonie prawdy o Agnieszce.

Wylądowałam w Bangalore. Odetchnęłam gorącym powietrzem i wyczułam w nim COŚ. Jeszcze nie wiedziałam co, ale było mi dobrze. To wystarczyło, żebym wsiadła do taksówki, która zawiozła mnie do Puttaparthi, do aśramu Sai Baby. I znowu Bóg zadrwił z mojego planu. Miałam tam być tylko 5 dni, zostałam 30 (i 24 kwietnia mam zamiar tam wrócić na co najmniej 3 miesiące…). Ale od początku… Choć sama nie jestem pewna, gdzie ta historia się zaczyna… Myślę, że gwiazdy to wiedzą dużo lepiej ode mnie…

Artykuły z tej kategorii

  • Biała czarownica – Anja Orthodox

      O drugiej stronie rzeczywistości, przeczuciach, kontakcie ze zmarłymi, twórczości, wyczuwaniu myśli i emocji, ważnych spotkaniach…

    Czytaj więcej...

  • Fenomen jasnowidza

    Dla jednych jasnowidze to zwykli hochsztaplerzy, którzy wykorzystują ludzkie dramaty, by uzyskać medialny rozgłos. Inni patrzą na nich z uśmiechem politowania, jak na niegroźnych wariatów, którzy starają się pomóc, lecz są całkowicie nieskuteczni. Ale są również i tacy, którzy patrzą na ich działania najzupełniej poważnie. Pośród tej grupy znajdują się osoby, których nigdy nie posądzilibyśmy o brak racjonalizmu czy zwykłego trzeźwego myślenia.…

    Czytaj więcej...

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.