Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Miejsca mocy

Agnieszka Kawula

Bilet do nieznanego

Wciąż powtarzamy, że świat jest mały. Ale on jest naprawdę mały! I przypadki to wielkie nieporozumienie! Wszystko jest tak skonstruowane, misternie dobrane i utkane, że tu nie ma miejsca na przypadki. Jedna z nici cudnego wzoru życia doprowadziła do aśramu Sai Baby moją przyjaciółkę Monikę (uczyłam ją także hawajskiego masażu lomi lomi nui). Śmiało piszę tak o tej kobiecie, ponieważ to dzięki niej odnalazłam dom, a do domu prowadzą prawdziwi przyjaciele. To ona sprawiła, że znalazłam się na krześle u bramina, astrologa, magicznego i niezwykłego człowieka – Bharatha Thambiego.

Z Moniką spotkałyśmy się podczas posiłku i po krótkiej rozmowie już wiedziałam, że to COŚ, co wyczułam na początku pobytu w Bangalore, poruszyło się we mnie zdecydowanie i skierowało moje kroki do Bharatha. Monika zna go od paru lat, pomógł jej bardzo. Jego zalecenia sprawdziły się, praktyki pomogły, a gwiazdy przemówiły, łaskawie podszepnęły, co robić dalej i spowodowały, że znikły jej życiowe dylematy… I ja, jak to ja, zawsze sceptyczna i logiczna na początku, zachęcona przez przyjaciółkę, postanowiłam umówić się na konsultację astrologiczną.

No i się zaczęło! Z drżeniem serca wchodziłam do ciemnego budynku po schodach, o których istnieniu wiedziałam tylko dzięki stopom, do pomieszczenia niedającego się opisać słowami, jedynie obrazem (a tego brak, ponieważ nie posiadam aparatu fotograficznego… zdjęcia robię sercem). Znalazłam się w małym pokoju, z pajęczynami tu i ówdzie, obrazkami Ganeśi i Śiwy, piramidkami, notatkami, zaschniętymi pszczołami na oknie i brzęczącym wiatrakiem, który rozkosznie chłodził zmęczone upałem ciało… Ale przede wszystkim był tu ON. Siedział za niewielkim biurkiem. Radosny, promieniejący, energetyczny, tajemniczy. Moje COŚ bardzo się ucieszyło na jego widok i przez prawie cztery godziny trwało wbite w siedzenie, bo każde wypowiedziane przez Bharatha zdanie miało swoje potwierdzenie w moim życiu. A kiedy skończył mnie prześwietlać, zrozumiałam, że zanim zadałam jakiekolwiek pytanie, uzyskałam już wszystkie odpowiedzi. I znowu z pokorą skłoniłam głowę przed Siłą, która wie dużo lepiej ode mnie, gdzie i z kim powinnam być. Pod koniec wizyty zapytałam, czy może gwiazdy poradzą coś na moje bóle głowy i bezustanne napięcie czoła… „Tu nie w gwiazdach trzeba szukać, tylko w jodze” – powiedział Bharath. „Przyjdź jutro i przez dwa kolejne dni. Zrobimy puję, żeby wprowadzić do twojego życia spokój i dobrobyt. Pokażę ci też kilka asan, żeby pomóc twojej głowie”. Ucieszyłam się ogromnie, bo obiecał, że napięcie zniknie i choć jak zwykle byłam nieufna, postanowiłam przyjść. „A ile to kosztuje?”

– zapytałam. Bharath uśmiechnął się całym sobą (pierwszy raz widziałam takiego pozytywnego człowieka) i odpowiedział: „Nic. Masz dobrą karmę. Będę cię uczył. Nie zawiedź mnie. Mam tylko kilkoro uczniów…”. I tak zostałam uczennicą kogoś, kto jest mi przyjacielem i Mistrzem zarazem. Mieliśmy się spotykać przez trzy kolejne dni, a odwiedzałam go przez trzy tygodnie i po kilka godzin dziennie zmagałam się z własnymi ograniczeniami, lękami, słabościami. Część potyczek wygrałam, część czeka na ciąg dalszy, kiedy wrócę do Indii. Asany, które mi zademonstrował, wydawały się czymś niezwykle skomplikowanym, ale w chwili, kiedy zaczynałam ćwiczyć, trud znikał, pojawiało się zdumienie, że ja też tak potrafię, i radość z wykonanej pozycji. Bharath okazał się cudownym nauczycielem. Poważnym, kiedy trzeba, dowcipnym w odpowiednim momencie, motywującym, kiedy ciało się buntowało i bolało tak, że ledwo wstawałam z łóżka, wynagradzającym wysiłek i wytrwałość (ćwiczyłam dwa razy dziennie, a czasem nawet trzy, zakochałam się totalnie w jodze, a ona we mnie, bo do dziś wzbogaca moje wnętrze nowymi cudami). A także troskliwym, bo kiedy dowiedział się, że nie mogę jeść w aśramie, jego żona gotowała mi obiady i karmiła…

Przede wszystkim stał się moim przyjacielem, który zaprosił mnie do swojej rodziny. Dziś także mojej. Spędziłam z nim, jego żoną i trójką dzieci (7, 10 i 13 lat) magiczny czas. Po pierwszej wizycie w jego domu nie mogłam mówić. Kiedy wróciliśmy do biura na kolejne ćwiczenia i nauki, zapytał mnie: „Jak rodzina? Które z dzieci spodobało ci się najbardziej?”. A ja milczałam. Gardło ścisnęło mi się i za nic nie chciało otworzyć. Z oczu popłynęły łzy i połączyły się z pełnym wdzięczności uśmiechem… Dopiero po dłuższej chwili wyjaśniłam, że tyle miłości naraz nie dostałam w całym moim trzydziestoletnim życiu i potrzebuję chwili, żeby się rozlokowała we mnie. Dzieci traktowały mnie jak starszą siostrę, a żona jak przyjaciółkę. Dzieliliśmy się sobą i każde z nas czuło, że odnalazło kogoś ważnego dla siebie. Na wspólnych zabawach i rozmowach spędziliśmy ładnych kilka dni, a i noc się trafiła ciepła i wyjątkowa…

I kiedy pokochałam upały i kąpiele w zimnej wodzie cztery razy dziennie, kiedy ciało przestało boleć i okazało się niezwykle wdzięczne za włożony wysiłek, kiedy przestały mi przeszkadzać chodzące po mnie mrówki i wszechobecny dźwięk klaksonów samochodowych, kiedy polubiłam nawołujących sklepikarzy i zaczęłam wpadać do nich na pogawędki, kiedy zaczęłam doceniać to, co otrzymałam, przyszedł czas wylotu z Indii. To było najtrudniejsze pożegnanie w moim życiu, a miałam ich bardzo dużo… No bo jak tu wracać do domu, który nie jest moim domem, bo nikt w nim na mnie nie czeka? Jak opuścić kraj, gdzie ktoś cię chce, kocha i akceptuje w pełni? Jak przekonać ciało, że w zimnej Polsce wcale nie będzie tak zimno?

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.