Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Numer 2/ 2012

Tekla Tanierska

Życie za dwa złote

1-4 okladka_malaSama nie wiem, jak trafiłam na ten pogrzeb. Może poddając się nastrojowi, przyłączyłam się do przechodzącego konduktu, może wstąpiłam do kościoła, zostałam tam, a potem poszłam za resztą. Wciągnęło mnie hipnotyczne zawodzenie „daj jej wieczne” czy to bardziej optymistyczne o anielskim orszaku? Nie wiem. Umknęło mi to. W każdym razie musiałam nie mieć nic lepszego do roboty. Zresztą, co można mieć w obcym mieście na dwie godziny przed odjazdem pociągu, kiedy nie odpowiada atmosfera poczekalni, a dworcowy bufet nawet nie cuchnie, bo jest w remoncie...

Na cmentarzu było dużo kwiatów ciętych, wąska i krótka trumna i zupełnie suche twarze. Stałam z boku i nie miałam pojęcia, kogo tak chłodno żegnają, aż do chwili gdy z zamyślenia wyrwała mnie pani stojąca obok. W beżowym kapeluszu i wieku nieokreślonym, a już na pewno niereprodukcyjnym, mojego wzrostu, ale solidniejszej budowy.

– Przepraszam, pani to chyba nie z rodziny?

– Proszę?... – ocknęłam się.

– Od razu wiedziałam. Ja zresztą też nie. Dlatego panią zaczepiam. Jestem, że tak powiem, daleką znajomą – uprzedziła moje pytanie – daaawną... Czy pani zauważyła – zniżyła głos do szeptu – jakie oni wszyscy mają miny? Ledwo wytrzymują, żeby się nie uśmiechać. – Pokręciła głową. – Mówią w duchu „nareszcie!”, widać z jaką ulgą oddychają...

Patrzyłam na nią zaskoczona.

 – Trudno się dziwić – kontynuowała. – Za długo to trwało. Coś im teraz skapnie – uśmiechnęła się zjadliwie. – Ale nie o to chodzi. Niech pani popatrzy. – Wskazała na tabliczkę w tradycyjnym kształcie tarczy (a może ryngrafu?). – A, nie widzi pani? Za daleko, litery za małe? To na nagrobku już gotowe, złote litery, srebrne numery, niezły marmurek, co? Tylko dwie cyfry musieli wstawić!

Imię i nazwisko nic mi nie mówiły, ale zwróciłam uwagę na daty. Pomiędzy nimi zawierał się okres niemal całego stulecia.

– Pożyła sobie, nieprawdaż? – Po poprzednich uwagach zabrzmiało to jakoś książkowo.

– Może zamiast pieniędzy woleliby odziedziczyć ten wiek?

– Jak dostaną spadek, będą mieli wszystko.

– No, ale życia nie można kupić...

– Różnie to bywa. Ona... nieważne, pani i tak jej nie znała.

– A pani?

– Poniekąd. Powierzchownie. Ale wiem o niej to i owo – urwała i milczała.

 Może dla efektu. Oj, znam ja te chwyty!

– Przepraszam, zaczęła pani coś o niej mówić...

– Tak? – udała zdziwienie, a może wcale nie udała. – Zapomniałam. A na czym to ja stanęłam?

– Że różnie to z życiem, chce pani powiedzieć, że ona właśnie...

– Tak, tak to można nazwać! Kupiła!

– Kupiła?

 – Właśnie tak! Pani nietutejsza, nie zna tej historyjki, zresztą chyba mało kto zna. Może nikt? – Znów zamarła. – Ale, ale pani się spieszy...

– Mam trochę czasu.

– Ooo, to długa historia, zresztą... – Machnęła ręką.

– Ależ chętnie posłucham, jeśli tylko pani może.

– Przejdźmy trochę dalej, muszę zapalić.

Nad grobem ktoś coś mówił, czy raczej przemawiał, czytał, a raczej odczytywał... „w pamięci”, „nieoceniona”, „heroicznie znosiła”, „pozostanie”.

– Jeżeli to dla pani ciekawsze niż te odkrywcze hołdy nad grobem, to zaraz – mocowała się z zatrzaskiem – chwileczkę, tylko otworzę parasol.

Zaczęło padać. Byłam coraz bardziej zaintrygowana, a moja rozmówczyni celowo odwlekała sprawę. Rozpostarła nad nami ciemną parasolkę w ogniste maki, trochę zbyt krzykliwe jak na to miejsce. Potem poprosiła, żebym parasolkę przez chwilę potrzymała, długo grzebała w torebce, wreszcie wyjęła papierosa i zapaliła, ani nie częstując, ani nie pytając, czy mi palenie szkodzi. Dym zatrzymywał się pod kolorową kopułą. Papieros miał mocny zapach. Korzenny? Przypomniały mi się kryminalne historie o usypianiu ofiar w tramwaju za pomocą dymu papierosów. Robili to handlarze żywym towarem, dmuchali w twarze upatrzonym dziewczętom, oczywiście kiedy jeszcze w tramwajach wolno było palić, a samym panienkom nie wypadało palić w publicznym miejscu. Za to potem do woli paliły w domu publicznym... Dlaczego takie głupstwa przychodzą tu do głowy? Kobieta wypuściła obłok dymu i przejęła parasolkę z moich rąk. I dalej się nie odzywała. Pod parasolem oblicze jej pociemniało, a policzki nabrały rumieńców. Czyżby tylko od tych maków?

– Ciekawe – przerwałam milczenie – dlaczego na cmentarzach się zawsze pali?

– Prawie zawsze – poprawiła. – Zwłaszcza na świeckich obrządkach, zastępują kadzidło.

– Może to zasłona między tym a tamtym światem, bariera ochronna... Dość, po co ja to mówię, przecież chciałam usłyszeć anegdotkę.

– Miała mi pani coś opowiedzieć.

– Aha, prawda. To było dawno, dawno temu. Ona miała wtedy najwyżej dwudziestkę. Szła przez wielki plac i przyplątała się do niej mała dziewczynka. Cyganka. Czepiała się jej spódnicy, wołała, żeby jej dać złotówkę, że jej powróży, że ma siostrę w ciąży, że na mleko dla dziecka, jak to zwykle bywa, że jak da, to spotka ją wielkie szczęście... Jeszcze wtedy nie mówiły jak nakręcone „daj, Boziu, zdrowie”, bo one były stąd, nasze.

Ostatnie słowa kobieta powiedziała jakby z dumą. Popatrzyłam na jej twarz, teraz nieobecną, brązowe oczy wpatrzone w sine niebo, a może tylko w nagie, palczaste korony drzew za cmentarnym murem.

– No więc ta mała prosiła i prosiła o złotówkę. Na to tamta (ruch głową w kierunku grobu): „Po co ci złotówka, jak cię stać na takie kolczyki”. A miała rzeczywiście ciekawe, nie takie typowe kółka, ale złote listki. Ta mała poczuła się urażona, przeklinała w swoim, a może zmyślonym języku albo tylko udawała, że rzuca klątwy, tak na postrach. Nasza panna nie mogła się od niej opędzić i wreszcie dała jej pięć złotych.

– Jak na tamte czasy nie tak mało. Drobnych nie miała?

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.