Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Numer 2/ 2012

Andrzej Pilipiuk

Jajo demona

1-4 okladka_mala                                                                                                                                                                                                                              Toruń 1949

Ekipa ekshumacyjna uwijała się jak w ukropie. Zdjęto nakład. Mimo że od zakończenia wojny minęło już pięć lat, fetor był upiorny… Pomordowani leżeli płytko, niespełna metr pod powierzchnią więziennego dziedzińca. Pod przegniłymi pasiakami rysowały się częściowo strupieszałe, wychudzone ciała.

– Wypijcie – kierownik zespołu rozdał uczestnikom blaszane kubki pełne mętnego bimbru. – Wojtek, ciebie to też tyczy.

– Nie wypada pić przy takiej pracy – wykrztusił młody.

– Pij, jak mówię. To nie z braku szacunku do nich, tylko żebyś wytrzymał. Ty do tej roboty nienawykły…

– Pierwszy raz…

– Ze wsi jesteś, dasz radę.

Rozdał dobre amerykańskie papierosy. Trzasnęły zapałki. Zaciągali się głęboko. Tytoniowy dym trochę zniwelował odór. Samogon pomógł stłumić obrzydzenie, usypiał zmysły. Przedstawiciel władz podszedł i, ująwszy trzęsącymi się rękami aparat, wykonał kilka fotografii. Był blady jak ściana, zapewne pierwszy raz widział coś takiego. 

Wszyscy czterej założyli grube gumowe rękawice. Po kolei wydobywali rozkładające się ciała i układali na noszach. Doktor rozcinał kieszenie nieboszczyków, szukając jakichkolwiek dokumentów mogących zdradzić ich tożsamość. Oglądał ręce i torsy, szukając znamion lub tatuaży. Bez skutku. Nawet na pasiakach nie naszyto im numerów. Rysy twarzy zatarły się już dokumentnie. Nikt ich nie rozpozna. Zapadli w otchłań, zostaną pogrzebani z honorami należnymi ofiarom Hitlera, ale bezimienni…

Protokolant wypełniał blankiety. Nieznany, nieznany, nieznany… Przyczyna śmierci zawsze ta sama – strzał w kark z małokalibrowego karabinka. Zwłoki poddane już obdukcji przekładano do naszykowanych trumien.

Młody, zwany Wojtkiem, był faktycznie twardy. Wymiotował tylko

dwa razy. Wreszcie wydobyli wszystkie czternaście ciał i dotarli do dna grobu. Chłopak skrobnął szpadlem dziwną masę pokrywającą tu i ówdzie piach.

– Wilgotno, a gleba zawiera dużo margla. Tłuszcz ścięło na mydło. Tak czasem bywa… – mruknął kierujący pracami lekarz. – Zostaw.

Wrócił do swojego stolika podpisywać protokoły. Nieoczekiwanie pod ostrzem błysnęło coś czerwonego. Chłopak spojrzał zaskoczony. Dziwny przedmiot przypominał wielkością przepiórcze jajko. Wyglądał jak kulka szkła. Kierownik zeskoczył na dno i uderzył szpadlem na płask. Rozległ się dziwny odgłos, ni to jęk, ni to trzask. Z kuli pozostała tylko garść szybko ciemniejących okruchów.

– Co to było? – zdziwił się młody.

– Opowiem ci wieczorem – mruknął szef. – Zasypujmy wreszcie tę dziurę…

***

Czasy współczesne

Na targi książki historycznej wybrałem się razem z Arkiem. Chłopak na widok stoisk zawalonych książkami niemal oszalał. Skończyło się tak jak zwykle. Ja zadekowałem się w barku, a on co kilkanaście minut donosił kolejną porcję łupów. Sączyłem przez zęby kawę i machinalnie czytałem tytuły na grzbietach kolejnych tomów. Ktoś usiadł po drugiej stronie, podniosłem głowę. Pan Wojciech, jeden z nestorów naszego małego światka…

– Witam konkurencję. – Ukłoniłem się.

– Cześć, szczurku – uśmiechnął się. W jego ustach pozornie obraźliwy epitet zabrzmiał przyjaźnie. – Co ciekawego ostatnio wyszperałeś?

– Z interesujących pana rzeczy trafiłem na przykład klamrę carskiego korpusu kurierów.

Łypnął podejrzliwie okiem.

– Żartujesz?

Wyjąłem fant z aktówki i położyłem przed nim na stoliku. Oglądał dłuższą chwilę w skupieniu.

– A niech mnie, szukam takiej dłużej, niż ty chodzisz po świecie! Ile, dlaczego tak drogo, ile można utargować? – zapytał wreszcie.

– Raczej wymieniłbym na coś ciekawego. Wie pan, mój zbiorek patriotycznych odznak i biżuterii z okresu żałoby narodowej wymaga uzupełnienia… A pan ma podobno taki fikuśny kałamarzyk zrobiony z kopyta konia, na którym jeździł generał Rozwadowski.

Zgrzytnął zębami.

– Za drogo się cenisz…

– To może jeszcze coś dołożę. – Wyjąłem pudełeczko.

Krzyż Świętego Jerzego zawieszony nie na zwykłej szpandze, ale na kokardzie z czarno-żółtej wstęgi orderowej. Takimi dekorowali się Rosjanie, którzy przeszli na stronę Hitlera.

– Chyba się dogadamy... – mruknął. – Zmejlujemy się wieczorem.

Pożegnał się i poszedł buszować wśród książek. Sączyłem kawę. Dobry interes ubiłem. Za dwa fanty po zaborcach cenna pamiątka naszej historii...

– Przepraszam, pan Robert Storm? – czyjś głos wyrwał mnie z zadumy.

Podniosłem głowę. Nie wiem dlaczego, ale sam widok tego typka mnie zaniepokoił. Twarz jak twarz. Nos, uszy, usta, brwi, oczy… Każdy element był zupełnie zwyczajny. Zbyt zwyczajny? Tej gęby nie sposób było zapamiętać – pozbawiona jakichkolwiek cech charakterystycznych… Wystarczyło odwrócić wzrok, by natychmiast zapomnieć, jak ten człowiek wygląda.

– Czym mogę służyć? – zapytałem odruchowo, wskazując mu wolne krzesło.

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.