Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Numer 2/ 2012

Andrzej Pilipiuk

Jajo demona

– Co to jest Dom Czterech Liści? – zapytałem wreszcie.

– To tylko pogłoska. – Wzruszył ramionami. – Każdy zawód ma swoje legendy. Antykwariusze też.

– Opowie pan?

– Ech, nie… – Pokręcił głową.

– Tajemnice cechu? – zakpiłem. – Trudno, zapytam kogo innego. – Ruszyłem do wyjścia.

– Robercie… Zaczekaj.

Odwróciłem się. Staruszek siedział z dziwnie skrzywioną miną.

– Dobra, przyznaję, łgałem. To nie jest pogłoska. Ale lepiej o to nikogo nie pytaj. Jeśli faktycznie zleceniodawca jest stamtąd i przypadkiem się dowiedzą, może być z tego nieszczęście…

– Zatem?

– Siadaj. – Wskazał mi krzesło. – To, co powiem… Nie może opuścić tych ścian. Nie powiesz o tym nikomu. Nawet tej swojej dziewczynie. Nigdy.

Skinąłem głową, pieczętując układ.

– Zaczekaj.

Wstał i zniknął na zapleczu. Usłyszałem ciężkie stuknięcie, jakby zatrzaskiwał drzwiczki sejfu. Wrócił z niewielkim inkunabułem oprawionym w poczerniałą ze starości skórę. Położył go na blacie.

– Wyobraź sobie czarny czakram – odezwał się i urwał. – Coś… – znowu się zaciął. – Interesowałeś się kiedyś astrologią, chiromancją, jasnowidzeniem?

– Nie. Choć muszę przyznać, że dotknąłem nienazwanego… Widziałem w życiu rzeczy, których nie potrafię wyjaśnić – odparłem powściągliwie.

– Są ludzie, którzy potrafią przepowiedzieć ci przyszłość. Ale niektórzy z nich są opętani. I to diabeł podpowiada im, co się wydarzy. Powiedzą, co cię spotka… Ale widzą tylko złe rzeczy. Przepowiedzą ci choroby i nieszczęścia i wszystko sprawdzi się co do joty.

Wzdrygnąłem się.

– W XVIII wieku tu, w Warszawie, zebrała się grupa magów, opętanych, heretyków, czarnych alchemików, wyznawców szatana, okultystów. Powołali coś w rodzaju akademii czarnej magii. Nazwali ją Domem Czterech Liści. Może byli wśród nich i tacy, którzy mieli czyste intencje, ale wszystko utonęło w mroku. Przypuszcza się, że wszystkie nieszczęścia dziejowe, które spadają na nasze miasto, to pośrednio ich wina. Demony, którym służą, wymagają ofiar. Krwi… – Spojrzał na mnie badawczo.

– Rozumiem. – Kiwnąłem głową, choć niewiele jeszcze z tego rozumiałem.

– Wyobraź sobie ludzi, z którymi nie da się współpracować. Każda decyzja podjęta w ich sprawach będzie zła. Każdy interes z nimi wyjdzie nam bokiem. Czasem wyciągną rękę, ale każda ich pomoc, choć z pozoru cenna, w ostatecznym rozrachunku przyniesie tylko śmierć i zniszczenie…

– Akademia czarnej magii w Warszawie? W dodatku istniejąca nadal? W XVIII wieku, może, lóż masońskich i temu podobnych stowarzyszeń było całe mrowie. Ale dziś? Nie bardzo chce mi się w to wierzyć… – Pokręciłem głową.

Otworzył leżący przed nim foliał. Na pierwszej stronie pysznił się dziwaczny ekslibris. Obok ktoś nabazgrał datę. 12 V 1967.

– Mają bibliotekę. To trzecia książka, która z niej pochodzi, jaką widziałem w życiu – powiedział.

– Można?

Podał mi lateksowe rękawiczki. Przekładałem pergaminowe karty. Tomik wypełniały dziesiątki rysunków jakichś roślin. Zielnik? Raczej receptariusz… Czułem, jak czasoprzestrzeń wokoło ugina się. Nie co dzień trzyma się w ręku przedmiot więcej wart niż cała kamienica wzniesiona nad tym antykwariatem…

– Wszystkie zapiski wykonane są głagolicą okrągłą, używaną w Bułgarii do około XII wieku – powiedziałem. – Tak stara księga i to jeszcze ilustrowana!? To absolutny unikat! Bezcenne dzieło! – szepnąłem. – Można prosić o lupę?

Podał bez słowa.

– Ten pergamin… Sądząc po rozmieszczeniu dziurek po włosach, ta skóra wygląda na ludzką – szepnąłem.

Poczułem nieprzyjemne mrowienie palców.

– Tak. Co więcej, to dzieło… Przypatrz się jeszcze raz obrazkom. Znasz te rośliny? Chociaż niektóre?

– Botanikiem to ja nie jestem... Jaskółcze ziele, bieluń, pokrzyk, tojad, konwalia, cis, jaskier, jemioła, mak lekarski. Psia mać! Same trujące!? – domyśliłem się, do czego zmierza.

– To księga wyjątkowo parszywych trucizn i narkotyków – wyjaśnił. – Pozostałe dwie książki z Domu Czterech Liści, które widziałem, były podobne, może nawet jeszcze gorsze. Niezłą biblioteczkę sobie zebrali. Teraz rozumiesz, jakie to przyjemniaczki…

– Chcą odnaleźć zbiorową mogiłę z czasów powstania listopadowego… – mruknąłem. – Po co?

– A skąd mogę wiedzieć? – Wzruszył ramionami. – Ale jestem niemal pewien, że nic dobrego z tego nie wyniknie.

***

Pan Wojciech stał na szańcu dawnej Reduty Wolskiej, patrząc na rozpościerający się u jego stóp cmentarz prawosławny. Jesienny wiar szarpał poły jego prochowca. Podszedłem.

– Wiem już, czym jest Dom Czterech Liści – zagadnąłem.

Uśmiechnął się krzywo, ale nic nie odpowiedział.

– Moje poszukiwania są poważnie zaawansowane. W połowie tygodnia mam zdać raport zleceniodawcy. Jak dodatkowo ustaliłem, w ciągu ostatnich pięciu lat dokonano przeszło trzydziestu ekshumacji mogił z okresu powstania listopadowego. Wszystkie prace sfinansowali prywatni darczyńcy. Tak się składa, że wszyscy pracują dla trzech dużych zagranicznych koncernów. Dom Czterech Liści czegoś szuka. Czegoś, co można znaleźć w mogiłach z tego okresu…

– Jesteś cholernie bystry – pochwalił.

– Opowie mi pan o tym?

– Starzy grabarze mają swoje sekrety – powiedział. – Legendy cechów. Przekazywane z ojca na syna. Tylko wtajemniczonym. Rzeczy, których nie zapisuje się na papierze.

Spojrzał na mnie i zawahał się.

– Dotknąłem w życiu wielu tajemnic – powiedziałem. – Umiem zachować dyskrecję.

– Wyobraź sobie… Na dnie zbiorowych mogił, zwłaszcza gdy ludzie zginęli złą i nagłą śmiercią, pojawia się czasem kula jakby czerwonego szkła albo kryształu. Narasta powoli, przez lata, czasem dziesięciolecia… Nazywają to jajem demona.

Wiatr jakby ostrzegawczo zaszumiał w koronach drzew.

– Nazywają…

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.