Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Numer 2/ 2012

Tekla Tanierska

Życie za dwa złote

– Widocznie. A Cyganeczka zadowolona obiecała: „Spotka cię wielkie szczęście i będziesz długo żyła! 79 lat!”. „Co? Tylko tyle!?” – wykrzyknęła panna. „Dam ci jeszcze dwa złote, jak wywróżysz więcej!”. Wygrzebała te dwa złote i dała. „No to niech będzie 97” – powiedziała ta mała i uciekła. Pani się śmieje. Nie, to jeszcze nie koniec. Niech mi pani wierzy, spotkało ją szczęście. Dobrze wyszła za mąż, miała udane dzieci, dużo pieniędzy, zdrowie, humor, podróże, miała kochającego męża, pierwszego, drugiego, doczekała wnuków i wielu prawnuków…

– Opłaciło się dać dwa złote...

– I wie pani, w dniu jej siedemdziesiątych dziewiątych urodzin jechała z wnukiem na przyjęcie. Samochodem. Spieszyli się na te urodziny, poślizg, rozumie pani, wpadli na kogoś czy na coś. Wnuk inwalida, to ten stary tam na wózku, widziała go pani. Ona cudem przeżyła.

– Już się domyślam, co dalej...

– Całkiem ją sparaliżowało, ani nogą, ani ręką ruszyć, ani mówić, ani

pisać. Miesiące w szpitalu. Potem wreszcie w domu, pielęgniarki, zabiegi, karmienie, przewijanie, ćwiczenia. Dopiero po paru latach tyle, że nauczyła się jednym palcem pokazywać litery na takiej karcie, którą jej córka

zrobiła, i na wózku się utrzymać. Była w domu, bardzo sumiennie,

fachowo się nią opiekowali, ale cierpliwości nie każdemu wystarcza,

a ona chudzinka, skurczona, sucha, ale żyła, żyła. Serce zdrowe, żadnych

zakażeń...

– To z pani daleka znajoma, ale dobrze poinformowana.

– Tak jakoś. Ona jak dziecko była, a oni już liczyli pieniądze, zanim oczy zamknęła. Pokazywała na tej tabliczce litery – zet, eł, o, złote, złote, oni myśleli, że gdzieś jeszcze ma złote rzeczy, chce im zapisać, pokazać skrytki, biżuterię, a ona, że zło, że dwa złote. – Kobieta zacisnęła w ustach kończący się papieros i dotknęła palcem kącika oka.

– Naprawdę?

– No, to wskazywało, że myśli, rozumie, więc nie dali jej do domu opieki, nawet tego najlepszego, bo ciągle myśleli, że pokaże, gdzie te złote

skarby.

– Ale nie pokazała.

– Nie! Bo tylko ja wiem, co to były za złote. Dwa złote! Równe 97 lat jej przedwczoraj stuknęło. I koniec. Spokojniutko, pobożnie. W samą rocznicę! – Rzuciła z rozmachem niedopałek i zgniotła obcasem.

– Trudno uwierzyć, a skąd pani to wie?

– Że umarła dokładnie w urodziny, to z nekrologu.

– A te inne szczegóły? Przecież rodzina chyba nie trąbi o takich sprawach.

– A wiem! Interesują mnie takie rzeczy – powiedziała powoli.

Dopiero teraz usłyszałam jej śpiewny ton. Spod beżowego kapelusza wysunął się ciemny kosmyk włosów, a pod uchem zachybotał złoty listek. Wyszczerzyła zęby i, przechylając głowę, spojrzała na mnie pociemniałymi, błyszczącymi oczami.

 – Bardzo interesują mnie takie rzeczy. – Zaczęła się śmiać. Jakiś postawny mężczyzna w czarnym garniturze i białych rękawiczkach odwrócił się zgorszony i syknął. Chrząknęła. Umilkła. Zrobiła minę, przewracając oczami. Ciszej już powiedziała: – Sama czasem wróżę. Może pani? Umiem

dużo...

Aż podskoczyłam. Ktoś lekko dotknął mojego łokcia i usłyszałam:

– Przesadzasz, moja panno.

Nie wiedziałam, czy cichy starczy głos zwraca się do mnie, czy do właścicielki beżowego kapelusza.

– Niech jej pani nie wierzy, przecież jeszcze chodzę po tym świecie i to na własnych nogach, nawet teraz na czterech nogach, a na sześciu jak z balkonikiem.

Staruszka zachichotała, bo była to staruszka. Mała, szczuplutka. Chude dłonie w ażurowych rękawiczkach ściskały uchwyty „szwedek”. Szwedki były szare, szare było też paletko i zamszowe buciczki. Do szarego kapelusza przypięta była biała chryzantema. W tej szarości prześwitywał jednak jakiś cień fioletu. Jakaś bzowa babuleńka czy raczej dymna dama starej daty.

– Uciekaj mi, już! Nie strasz pani. – Zamachnęła się kulą.

Zwróciłam wzrok w przeciwną stronę, beżowego kapelusza już nie było, a i nie widziałam czerwonych maków wśród wielu czarnych parasoli, od których zamroczył się cmentarz. Dym jeszcze był wyczuwalny, ale może szedł od zeschłych kwiatów „zajętych” od zniczy. Rozpadało się... Przyszły mi na myśl suche, obojętne twarze, teraz już mniej suche, i wtedy uświadomiłam sobie, że stara dama nie miała parasola. Ja też nie miałam, lało mi się za kołnierz. Stara dama nie miała parasola, ale jej kapelusik, paletko były suche, a szare buciki nie nosiły ani jednej plamy błota.

– A kogo to tak ładnie chowacie? – Wskazała parasole, lekko wznosząc laskę nad ziemią.

– Boże, która to godzina? Mój pociąg! – Rozpaczliwie rzuciłam okiem na zegarek. – Przepraszam, do widzenia pani! – ugryzłam się w język. Odchodziłam pospiesznie, ale jeszcze nie w kierunku bramy. Byle nie tą samą drogą. Eeee, przesąd...

Zdałam sobie sprawę, że przez cały czas trzymam w ręku czerwony goździk. Był złamany i miał pourywane listki. Sama go tak bezwiednie urządziłam. A należało go uszanować. Dostałam go po swojej prelekcji w tym mieście. „Wiara we wróżby we współczesnej Polsce na podstawie badań ankietowych w latach...”. W marszu położyłam kwiat na grobie. Wpadł między wieńce i szarfy. Ostatnie pożegnanie? Do zobaczenia! Ludzie się rozchodzili. Nie widziałam między nimi szarego paletka ani ognistych maków.

Zmieniłam ścieżkę. Podniosłam kołnierz. Za bramą zwolniłam kroku. Wcale nie było tak późno. Zresztą stacje są często blisko cmentarzy.

Tekla Tanierska

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.