Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Uzdrowiciele, Terapeuci, Radiesteci

Henryk Urbaniak

Henryk Urbaniak

Z Henrykiem Urbaniakiem, dyplomowanym bioterapeutą – rozmawia Monika Głowińska.

Pół roku temu otrzymaliśmy list od naszego Czytelnika, któremu po sesjach bioenergoterapeutycznych u Pana zniknął guz pęcherza.
Od tamtej pory skierowaliśmy do Pana kilka osób, które prosiły o wskazanie bioenergoterapeuty, wspomagającego leczenie podobnych schorzeń...
Mamy od nich telefoniczne, listowne i e-mailowe podziękowania za pomoc. Dlatego poprosiliśmy o tę rozmowę.

Jakimi metodami Pan pracuje?
– W ciągu prawie 20 lat nauczyłem się pracować wieloma technikami i zazwyczaj je łączę. Przede wszystkim stosuję bioenergoterapię bezdotykową, ale w razie potrzeby także biomasaże, refleksologię, terapię wibracyjną, elektropunkturę. Łączę je czasem z ziołolecznictwem (zaznaczam jednak, że nie rozprowadzam ziół, ale polecam gotowe mieszanki Ojca Klimuszki czy Eugeniusza Kozłowskiego). Korzystam też ze specjalistycznego programu komputerowego, który pomaga zbadać poszczególne kanały energetyczne człowieka zwane meridianami.
Jednak każdą wizytę czy rozmowę telefoniczną zaczynam od sprawdzenia, dowiedzenia się, czy mój klient jest pod opieką lekarza, jakie przebył zabiegi, operacje, jakie badanie medyczne wykonał.

Czyli nie odradza Pan kontaktów
z lekarzami medycyny konwencjonalnej?
– Ze wszystkimi klientami rozmawiam o tym, żeby takie leczenie kontynuowali. Nie stawiam diagnoz, tylko wspomagam proces leczenia. Jeżeli chory ma ze sobą wyniki badań z opisem, czytam te dokumenty i jeśli widzę problemy np. z kręgosłupem, to kieruję go do odpowiedniego specjalisty.
Sam od wielu lat współpracuję z chirurgiem ortopedą, który dużo nauczył mnie w dziedzinie anatomii oraz wyjaśniał, w jaki sposób urazy czy dysfunkcje kręgosłupa mogą być przyczyną wielu schorzeń... Do współpracy zaprosił mnie też pewien lekarz. Jego żona miała problemy z wątrobą, a po kilku wizytach u mnie badanie USG potwierdziło, że guzka nie ma... Dopiero po wszystkim powiedzieli mi, że oboje są lekarzami (ale, by nie narazić ich na nieprzyjemności ze strony Izby Lekarskiej, podaję ich nazwiska tylko do wiadomości Redakcji). Do szpitala w Szwarcwaldzie jeździłem na zaproszenie lekarzy – do pacjenta, który miał nowotwór jelita grubego. Ale podobnie było i w innych szpitalach krajowych. Bardzo mnie cieszy, że coraz więcej lekarzy zaczyna holistycznie traktować chorych w procesie leczenia, zaczyna interesować ich pacjent, a nie tylko jego choroba. I mówią o tym otwarcie i coraz głośniej, choć z drugiej strony Izba Lekarska za to ich gromi.
 Często jednak jest tak, że ludzie boją się powiedzieć swoim lekarzom, że byli u mnie. Najczęściej przyznają się do tych wizyt dopiero wtedy, kiedy podczas badań kontrolnych lekarz stwierdza np. pomniejszenie guzka czy jego całkowite zaniknięcie.

Czy zdarzają się osoby, którym medycyna konwencjonalna nie dawała już nadziei i wypisywano je ze szpitala? Wspomniał o tym w liście jeden z naszych Czytelników. Proszę opowiedzieć o takich przypadkach...
– Niestety bardzo dużo jest takich klientów. Przychodzą do mnie często w ostatniej chwili, kiedy medycyna akademicka ogranicza już swoją ofertę do leczenia paliatywnego. Myślę, że gdyby przychodzili do bioenergoterapeutów wcześniej, wtedy i współczynnik uzdrowień byłby wyższy. Ale dokładnie tak samo jest w medycynie – liczy się czas rozpoczęcia terapii.
Pod koniec lutego tego roku przyszła do mnie kobieta z guzem nowotworowym piersi. Spotkaliśmy się dwa razy. Nadszedł czas wizyty kontrolnej u onkologa. Lekarz bardzo zdziwiony stwierdził, że guz jest mniejszy, aniżeli wynikałoby z opisu, że w karcie najprawdopodobniej jest jakiś błąd. Podczas poprzedniej wizyty u lekarza zaproponowano jej amputację piersi. Po spotkaniach ze mną zmniejszenie guzka było na tyle znaczące, że lekarz stwierdził, i dodał że w takich okolicznościach nie ma potrzeby operacji, że wystarczy samo wyłuskanie guzka. Ustalili termin zabiegu na 16 marca.
Niedawno też miałem klientkę ze złośliwym nowotworem piersi. Zdiagnozowano go podczas masowych badań mammograficznych. Jedna z jej córek znalazła informacje o mnie w Internecie, a przywiozła ją druga. Kobieta przez dwie wizyty u mnie była bardzo sceptycznie nastawiona, myślę, że było też tak, że trochę traciła już nadzieję. Kiedy jednak bez problemu wyczuwalny palcami guzek zmniejszył się do tego stopnia, że klientka sama miała problemy z jego wyszukaniem – pozwoliła sobie na wiarę w to, że będzie jeszcze zdrowa.
W lipcu zeszłego roku wykonywałem zabiegi bioenergoterapeutyczne – przekazywałem energię bezdotykowo – 32-letniej kobiecie, która miała torbiel na jajniku. (Zresztą przyszła do mnie po telefonie do redakcji „Czwartego Wymiaru”). Po czterech spotkaniach  torbiel zdecydowanie zmniejszyła się, a po kolejnych dwóch USG już jej nie wykazało. Ta kobieta przyszła do mnie na tyle wcześnie, że interwencja chirurga okazała się niepotrzebna. Ale nie była to jej pierwsza wizyta u bioenergoterapeuty, dlatego wiedziała, jak ważny jest czas.
Dodam, że wszyscy moi klienci mają pełną dokumentację przebiegu swoich chorób – zarówno przed wizytami u mnie, jak i po nich.

Swoimi doświadczeniami z medycyną niekonwencjonalną podzieliła się z redakcją jedna z Pana klientek, Pani Ewa Z. z województwa kujawsko-pomorskiego. Napisała, że w 2009 roku zdiagnozowano u niej torbiele na piersiach, największa miała 21x10x16 mm. „Mój pierwszy kontakt z panem Henrykiem Urbaniakiem miał miejsce 16.01.2010 r. USG w dniu 18.02.2010 r., po dwóch spotkaniach z bioenergoterapeutą,
wykazało, że największa z torbieli ma 11x5 mm, czyli jest o połowę mniejsza. Lekarz onkolog nie dawał żadnych szans na zniknięcie torbieli, a jedynie kontrolował poprzez USG, czy się nie zwiększają” – napisała Pani Ewa. Takich listów jest więcej, co bardzo cieszy, ale trzeba też przyznać, że jest to kolejna osoba, która pisze o guzkach. Czy z takimi przypadkami spotyka się Pan najczęściej?
– Tak, od 7 lat obserwuję, że wyraźnie wzrasta liczba przypadków z występowaniem guzków piersi czy tarczycy. Takich klientów mam zdecydowanie najwięcej. Ale nasilają się też choroby systemu nerwowego – przede wszystkim depresje i załamania spowodowane narastającym, nierozładowanym napięciem i stresem. Mam klientkę, która na jednym z oddziałów w szpitalu zajmowała kierownicze stanowisko. Nie była przez koleżanki i kolegów traktowana zbyt dobrze. Każdego dnia czuła się coraz gorzej i nie miała ochoty wstawać z łóżka i iść do pracy, aż życie straciło dla niej sens. Początkowo spotykaliśmy się dwa razy w tygodniu, obecnie raz na dwa tygodnie. Kobieta zmieniła odddział, nawiązała nowe znajomości, które sprawiają jej dużo radości, więc i chęci do życia ma coraz więcej. Czasami wystarczy tylko rozmowa, wysłuchanie kogoś, danie przestrzeni na wypłakanie się, a to, połączone z przekazaniem pewnej ilości energii czy zbalansowaniem jej, sprawia, że organizm zostaje zharmonizowany i sam zaczyna sobie radzić. Tak często też bywa w przypadkach znerwicowanych czy załamanych nastolatków oraz kobiet w okresie menopauzy.

Wiele osób uważa, że bioenergoterapia opiera się przede wszystkim na silnej autosugestii chorego. Co Pan powiedziałby owym sceptykom?
– Mogę tylko zapewnić, że jest wiele osób, które każdego dnia modlą się o zdrowie, bardzo chcą wyzdrowieć – jednak same chęci nie wystarczą – potrzebna jest wizyta u specjalisty.
Powołam się też na przykład klienta, u którego wspierałem leczenie wirusowego zapalenia wątroby typu C. Spotkałem się z nim kilkakrotnie. A przeprowadzone po tych wizytach badania kliniczne wykazały, że HCV nie ma. Ten klient był 2-letnim chłopcem – jak więc możemy tutaj mówić o autosugestii...
Oczywiście nie zawsze i nie wszystkim chorym można pomóc. Czasem zgłaszają się za późno i do lekarza, i do bioenergoterapeuty. Ale można sprawić, że ból jest mniejszy, że wyciszają się, odchodzą pogodzeni ze sobą i bliskimi. A to jest równie ważne.

Dziękując za rozmowę, przytoczę jeszcze tylko ostatnie słowa z listu Pani Ewy:
„Doświadczając tych pozytywnych zmian w organizmie, odzyskałam zdrowie, radość życia i wewnętrzny spokój. Teraz wiem, że w taki sposób można polepszyć zdrowie, a nawet wygrać życie”.

Uzdrowiciele, Terapeuci...

W najnowszym numerze

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.