Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Uzdrowiciele, Terapeuci, Radiesteci

Ewa Morawska

Ewa Morawska

Sesja energoterapeutyczna u Ewy Morawskiej jest niezwykła. Bo oprócz dotyku, głaskania, masaży, które wykonują zazwyczaj wszyscy bioterapeuci, Ewa Morawska śpiewa. Każdy potrzebujący jej pomocy otrzymuje osobistą mantrę, którą ustami Ewy zsyłają ludziom anioły.

Aniołów istnieje mnóstwo, każdej sprawie i zdarzeniu na Ziemi jakiś patronuje. Ewa Morawska najczęściej prosi o pomoc anioły dźwięku.
 – Leczenie mantrami jest stare jak świat – wyjaśnia. – Mantra to bardzo ważny instrument uzdrawiania, bo dźwięk jest przecież energią i nasze ciało cały czas „śpiewa”. Każdy narząd wewnętrzny „gra” zgodnie z jakąś swoją częstotliwością. Kiedy przykładam dłonie do ciała drugiej osoby, słyszę tę wewnętrzną wibrację, a mantrą, która przechodzi przez moje serce i usta, dostrajam ciało podopiecznego do wyższych częstotliwości, harmonizuję wewnętrzny dysonans. Mantra ma także tę zaletę, że wyłącza umysł, który, gdy nie ma niczego do roboty, układa czarne scenariusze. A że myśl jest silną wibracją, złymi myślami możemy sobie sami zbudować złą rzeczywistość.

Śpiewy, zgrzyty i mruczanki
Ewa Morawska wychowała się w bardzo muzykalnej rodzinie. Wszyscy tam śpiewali, grali na różnych instrumentach, dzieci od najmłodszych lat posyłało się do ogniska muzycznego. Ma mocny głos o pięknej niskiej barwie, który wnika w każdą komórkę ciała, brzmi potężnie, monumentalnie jak chór mnichów. Podczas mojej sesji terapeutycznej z gardła Ewy wypływa długa melodyjna pieśń. Czuję dotyk jej rąk, choć wcale mnie nie dotyka, wyśpiewywana przez nią mantra sprawia, że czuję się wolna i radosna, odlatuję...

 Gdy siadamy potem do rozmowy, Ewa Morawska wyjaśnia, że nie dzieje się tak zawsze. Niekiedy na dźwięki trzeba bardzo długo czekać, a kiedy wreszcie pojawią się w sercu i gardle, są chropowate, nieskoordynowane, niemiłe jak zgrzyt. Niekiedy z gardła nie chce się wydobyć nawet jedna nutka. Mięśnie sztywnieją od dziwnego paraliżu i zamiast śpiewu wydobywa się z gardła skrzeczenie... – Ale to nie jest złe – uśmiecha się terapeutka. – Dla mnie jest to dowód na to, że to nie ja kieruję swoim głosem, lecz jestem prowadzona przez wyższe energie. Kiedy po takim „skrzeczeniu”, dźwięk staje się w końcu płynny, mocny, piękny, odbieram to jako znak, iż mój podopieczny otrzymał uzdrawiające wibrację, których potrzebował. I właśnie do ich znalezienia potrzebuje współpracy aniołów.
Podaje przykład 14-letniego Tomka. Przychodził na terapię przez dwa miesiące przed wakacjami. Od kilku lat choruje na padaczkę, zażywa wiele leków, ale żaden nie pomaga w stu procentach. Przed terapią u Ewy Tomek często mdlał, drżał, płakał, na wszystkie pytania odpowiadał monosylabami. Gdy Ewa poprosiła anioły o odpowiednią dla chłopca mantrę, usłyszała w swym wnętrzu odpowiedź: „Jedną rękę połóż na jego sercu, drugą na plecach i zacznij mruczeć”. – Tak też zrobiłam – opowiada. – Po jakimś czasie poczułam, jak ustępują napięcia mięśni, jak rysy twarzy Tomka łagodnieją. Takich spotkań odbyliśmy kilka, aż w końcu ataki minęły, chłopak zaliczył pomyślnie klasę, pojechał na obóz, gdzie grał w piłkę jak wszyscy koledzy i nic złego mu się nie stało...

Przecież pani jest całkiem zdrowa
W czasie kilkunastu lat pracy jako energoterapeuta Ewa Morawska pomogła setkom, a może już tysiącom osób. Jej kalendarz przyjęć zapełniony jest na wiele dni naprzód, a wieczorami pracuje na odległość, z osobami z innych miast i zza granicy – przez telefon albo przez Skype’a. Jakich przypadków nie miała! Kilka razy przywróciła do życia umierające noworodki, wyciągała ludzi z alergii, depresji, nałogów, kłopotów ze wzrokiem, słuchem i wszelkich innych chorób. Skutecznie pomaga też łagodzić skutki radio- i chemioterapii – właśnie dzisiaj wieczorem umówiona jest na Skype’ie z pewną chorą na raka Polką z Niemiec.
 
Najbardziej spektakularnym sukcesem ostatniego roku jest historia Alicji. Po nagłej, tragicznej śmierci syna Alicja popadła w straszną rozpacz. Przez trzy miesiące bez przerwy płakała... Nie interesowało jej nic poza bólem rozdzierającym serce, nie dostrzegła nawet, że w międzyczasie zmieniła się pora roku. Tym bardziej nie zauważyła, że plamka, którą miała od dawna na ręce, w szybkim tempie rosła i pęczniała. Gdy w końcu zorientowała się, że jest źle, lekarz ledwie spojrzał na rękę i powiedział: czerniak.
W trakcie operacji, która odbyła się natychmiast, wykryto u Alicji coś jeszcze: paskudny przerzut w okolicach barku. Guz umiejscowił się tak fatalnie, iż lekarze stwierdzili, że tym razem operacja jest w ogóle niemożliwa. – Proszę pomyśleć o opiece paliatywnej – doradzili Alicji na odchodnym.

Kontakt do Ewy Morawskiej otrzymała w dziwny sposób. Otóż zaraz po pierwszej diagnozie – jeszcze przed operacją – postanowiła sprzedać działkę, by mieć pieniądze na leczenie. Zleciła to zadanie agencji nieruchomości. Pani agentka, która przyszła zobaczyć i sfotografować działkę, gdy dowiedziała się o całej sytuacji, wręczyła Alicji numer telefonu do „świetnej bioterapeutki z Marek” i poradziła, by natychmiast do niej jechać.
Po pierwszej wizycie u Ewy Alicja przestała płakać. Ani psychoterapia, ani łykane przez wiele miesięcy proszki uspokajające nie ukoiły żalu po stracie syna, dopiero rozmowy, afirmacje, sesje oddechowe u Ewy sprawiły, że Alicja była w stanie odpocząć od rozpaczy. Dzięki Ewie poszła na operację spokojna, przekonana, że wszystko pójdzie świetnie. Czuwał nad nią już nie tylko jej osobisty anioł stróż, lecz także potężna archanielska eskorta, którą Ewa Morawska przywołała na pomoc. I rzeczywiście pooperacyjna rana szybko się zagoiła, a kiedy kilka tygodni po zabiegu zbadał Alicję onkolog-radiolog, który miał podjąć decyzję o radioterapii, zapytał: „A pani tu po co, przecież pani jest całkiem zdrowa”. Wkrótce potem badania wykazały zniknięcie przerzutowego guza w śródpiersiu – po prostu sam się wchłonął.
 
Alicja kładzie przede mną teczkę z historią choroby, gdzie każde jej słowo udokumentowane jest wynikami badań medycznych i mówi: – W tym dniu, kiedy lekarz poinformował mnie o przerzucie i stwierdził, że nie mam raczej szans na wyleczenie, o godzinie 23.30. zadzwoniła do mnie pani Ewa. Powiedziałam jej, że jest bardzo źle i że chyba jednak umrę, a ona na to: „Nie płakać, wziąć się w garść, tam już nic nie ma”. Myślałam, że nie zrozumiała, co do niej mówię albo że jest zmęczona i gada głupstwa, a ona wiedziała...

– Walka z chorobą to nie jedno spotkanie, lecz długotrwała praca – mówi Ewa Morawska. – Alicja walczyła o powrót do całkowitego zdrowia półtora roku. Przez jakiś czas przychodziła codziennie, potem raz w tygodniu. Najpierw uczyłam ją akceptować chorobę, uczyłam ją mówić: „Tak, mam czerniaka, ale się tego nie boję”. Potem rozprawiłyśmy się ze złością i agresją, które tłumiła w sobie przez wiele lat. Alicja dbała o męża i dzieci, a siebie zawsze stawiała na ostatnim miejscu. Wszystkim usługiwała, o wszystkich dbała, a w zamian dostawała niewiele. Uczyłam ją więc kochać siebie, troszczyć się o siebie, zaspokajać swoje potrzeby. Otrzymała mantrę: „Kocham siebie taką, jaką jestem”, a kiedy przybyło jej radości i wiary we własną wartość, wzrosła również wiara w to, że pokona chorobę. Była zdruzgotana śmiercią syna, nie mogła pogodzić się z jego odejściem, zatrzymywała przy ziemi jego duszę. Gdy zrobiłyśmy rytuał, podczas którego pozwoliła synowi odejść i uwierzyła, że tam, gdzie trafił, jest szczęśliwy, proces uzdrawiania bardzo przyspieszył. A wiara w to, że stoją przy niej anioły, przywróciła jej ostatecznie spokój i radość życia.
 
Każdy ma swojego anioła
Każdemu człowiekowi w chwili narodzin zostaje przydzielony jego anioł, który towarzyszy mu do ostatniego tchnienia i w końcu przeprowadza „na drugą stronę”. Anioł stróż tylko czeka, aby go o coś poprosić. Nieproszony nie pomaga. Najlepiej wyraźnie powiedzieć w myślach lub słowami: „Tak, chcę, aby anioły pomogły mi w sprawie...”. I trzeba wierzyć, że pomogą, bo niewiara człowieka osłabia ich działanie. – Wydaje mi się nawet – mówi Ewa – że gdy dajemy mu robotę, on bardzo się cieszy, zmienia kolor, staje się bardziej świetlisty, błyszczący. I dodaje, że potrafi się porozumieć z każdym aniołem stróżem, i wyprosić dla swoich podopiecznych pomoc i opiekę. Nawet dla tych, którzy w anioły nie wierzą, jak Kazimierz. Przychodził do Ewy na zabiegi energetyczne, bo gdy porzuciła go żona, zaczął chorować. Ale w anioły nie wierzył ani trochę. Kiedyś, jadąc nocą z Warszawy do Katowic, usłyszał w pustym samochodzie czy też we wnętrzu swojej głowy komunikat: „Trzymaj mocno kierownicę”. Wystraszył się i odruchowo zacisnął ręce na kółku. Wtedy usłyszał huk – to pękła przednia opona. Zamiast jednak dachować i roztrzaskać się na poboczu, samochód delikatnie zjechał na bok i powolutku się zatrzymał. Kazimierz cały czas miał wrażenie, że na jego rękach spoczywają jakieś inne ręce, które panują nad tą całą dziwną sytuacją. Więc choć inżynier i niedowiarek, w końcu musiał przyjąć do wiadomości, że cuda się zdarzają, bo kiedy wysiadł z auta, okazało się, że czwartego koła w ogóle nie ma! A przecież samochód, aż do zatrzymania się trzymał poziom! Kiedy nad ranem wrócił w końcu do domu i umęczony padł na kanapę, usłyszał ten sam głos, co w samochodzie: „Teraz wierzysz?”.
Niczego nie czuję,
więc nic mnie nie boli
Ewa Morawska duchowością zajęła się kilkadziesiąt lat temu – po tym, jak w bardzo młodym wieku zwyciężyła chorobę nowotworową. W wymiarze energetycznym tamten rak tarczycy był wołaniem 18-latki o uczucie chłopaka, którego bardzo kochała, a który w ogóle jej nie zauważał. Kiedy przez długi szpitalny korytarz wieźli ją na operację, postanowiła nie wybudzać się z narkozy – tak bardzo chciała wówczas umrzeć. Gdy przekładano ją na stół operacyjny, była pewna, że to jej ostatnie chwile na Ziemi... A potem poczuła, jak otula ją delikatna błękitna mgiełka i w oddali zobaczyła rzekę. Pobiegła w jej kierunku, by przepłynąć na drugi brzeg, ale powstrzymał ją stanowczy męski głos: „Jeszcze nie teraz”.
Po wyjściu ze szpitala Ewa zaczęła szukać ludzi, którzy by pojęli, co się z nią stało podczas operacji, z którymi mogłaby o tym rozmawiać. Wkroczyła na ścieżkę rozwoju duchowego, którą podąża do dzisiaj.

Najpierw w arkana reiki wprowadziła ją słynna siostra Mariusza Bugaj, potem miała jeszcze kilku znakomitych nauczycieli, ukończyła wiele kursów wiedzy ezoterycznej, zdobyła tytuł mistrzyni reiki i energii egipskich. W końcu sama zaczęła pomagać ludziom chorym i przetrąconym przez życie. Dorobiła się własnych obserwacji i pomysłów, prowadzi własne autorskie kursy reiki i kontaktowania się z aniołami. Mówi, że anioły są przy niej zawsze. I że każdy człowiek może mieć dostęp do ich cudownego świata. Tylko że większość ludzi żyje zbyt szybko, nerwowo, chaotycznie, zbyt intensywnie goni za dobrami materialnymi. A żyjąc w pośpiechu i chaosie, obniżamy swoje wibracje i nawet jeśli anioł daje znak – choćby przez werset wiersza czy refren piosenki, który wpada w ucho w chwili, gdy szukamy odpowiedzi na jakieś pytanie – człowiek nie potrafi go odebrać.

Do gabinetu Ewy Morawskiej coraz częściej trafiają osoby, które nie czują. Przykłada dłonie do ich ciała, a one tego nie czują! Z obawy przed bólem, przed cierpieniem tak zamknęły się w sobie, tak zablokowały na odbiór uczuć i bodźców z zewnątrz, że nie czują zimna ani ciepła, nienawiści ani miłości, niczego nie pragną, nic je nie boli... – A przecież gdy człowiek niczego nie pragnie, nie czuje, nic go nie boli, to go po prostu nie ma – mówi Ewa.
Zdaniem terapeutki winna jest temu także totalna komputeryzacja. Sprawiła ona, że wielu młodych ludzi nie wie, co to prawdziwa miłość, bliskość, życie w parze. Za bliskość biorą różne elektroniczne „fałszywki”, jak „miłość” na skajpie czy „przyjaźnie” na forach społecznościowych.
 
„Znieczula” między innymi praca w korporacjach. W gabinecie Ewy pojawia się coraz więcej takich osób, które nienawidzą swojej firmy i swojej pracy. Są wyczerpane fizycznie i psychicznie, a muszą dalej pracować w tym miejscu, bo jako 40-latkowie uznawani są za staruszków i boją się, że nie znajdą niczego innego.
Przychodzi do niej na przykład 41-letnia Agnieszka i płacze, że nie może się odnaleźć w pracy. W dzień powszedni boi się wstawać, w niedzielę budzi się o szóstej rano zlana potem, zanim sobie uświadomi, że dziś taki cudowny dzień, bo może zostać w domu. Chce uniknąć zażywania proszków uspokajających, więc regularnie przychodzi do pani Ewy. Oprócz sesji oddychania, medytacji z mantrą, spotkania z aniołami terapeutka uczy ją, jak być Tu i Teraz. Między innymi przez głośne nazywanie wszystkiego, co robi w danej chwili. Myjąc zęby, Agnieszka mówi głośno: „Myję zęby”. Jedząc śniadanie, mówi: „Teraz jem śniadanie”, a potem: „Teraz ubieram się, wychodzę i zamykam drzwi na klucz”.
– Umiejętność bycia Tu i Teraz służy trwaniu w emocjonalnej równowadze – mówi Ewa Morawska. – Energie cały czas są w nas i obok nas, i nie mają żadnego ładunku. To my swoimi myślami nadajemy im taką lub inną wartość. Jeśli cały czas myślimy, że jest fatalnie, mamy potwornie ciężkie życie i nic nam się nie udaje, to w ten właśnie sposób ukształtujemy swoją rzeczywistość. Dlatego lepiej pomyśleć każdego ranka, co mamy do zrobienia w danym dniu i konkretnie nazywać zadania. Nie mówić: „Czeka mnie koszmarny dzień”, tylko: „Idę do pracy, gdzie zarobię całkiem dobre pieniądze na życie. Będę tam osiem godzin, a potem zrobię zakupy. Kupię sobie do jedzenia coś pysznego, a potem pójdę do dentysty. Dzięki niemu moje zęby są zdrowe i zachwycające, i mogę się śmiać od ucha do ucha”.

Choroba bierze się
ze złych uczuć
Poza pomaganiem ludziom w wyjściu z różnych chorób celem Ewy Morawskiej jest uczenie ich, jak osiągać spokój i wewnętrzną harmonię. – Gdy będziemy mieć w sobie ład i wewnętrzny spokój – mówi – gdy będziemy wzajemnie mówili do siebie: „proszę”, „dziękuję”, „kocham”, przytulali się do siebie, komplementowali i akceptowali się nawzajem takimi, jakimi jesteśmy, to będziemy po prostu zdrowi. Każda choroba zaczyna się bowiem od problemu emocjonalnego – od lęków, fobii, poczucia żalu czy straty, złej atmosfery w otoczeniu, niskiego poczucia własnej wartości, długotrwałego życia pod presją, wbrew sobie itp. To obniża poczucie własnej wartości, wywołuje ogólny smutek, a potem to już tylko kwestia czasu, kiedy „wysiądzie” najsłabszy organ w ciele. Wraz z tym obniża się nasza wibracja, zdrowie sypie się coraz bardziej... – Chorzy, którzy do mnie przychodzą, przede wszystkim mają obolałe dusze i pęknięte serca – wyjaśnia Ewa Morawska. – Uzdrowić człowieka to znaczy zharmonizować ciało, emocje i umysł. Wszystko jedno jaką metodą. Bo każda uczciwa metoda uzdrawiania i każdy uczciwy energoterapeuta, niezależnie od tego, jaką posługuje się techniką, czerpie z tej jednej jedynej energii, która pochodzi od najwyższej energii, jaką jest Bóg. A jego wysłannikami i „przedłużeniem” są anioły, do których człowiek może zwracać się o wszystko. Nie ma rozgraniczenia, że do jakiegoś miejsca jest reiki, a od tego miejsca sekhmet czy energia anielska. Energia jest jedna, tylko ma różne częstotliwości, ale to wszystko ta sama Energia Wielkiej Bezinteresownej Miłości. Każdy z nas jest w energii reiki, kiedy bezwarunkowo i bezinteresownie kocha, kiedy dzieli się z drugim człowiekiem i pomaga, nie patrząc na to, czy ten drugi jest młody, zdrowy i piękny, czy stary, brzydki i kostropaty. Czy biały, czy kolorowy, czy bogaty, czy biedny... Mamy kochać po prostu duszę drugiego człowieka. A kiedy robi się to z głębi serca, wytrwale, konsekwentnie, być może i anioły przyjdą do nas same.
 
Anna Frankowska
Fot.: z archiwum E. Morawskiej
Ilustracje: Anna Ewa Miarczyńska

Uzdrowiciele, Terapeuci...

W najnowszym numerze

Sandra
Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.