Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Targi ezoteryczne opoka

Uzdrowiciele, Terapeuci, Radiesteci

Ryszard R. Ulman

Ryszard R. Ulman

Bioenergoterapia rozkwitła w Polsce na początku lat 80. Przyczynił się do jej popularności niewątpliwie Paweł Połonecki, którego pierwsze oddziaływania obserwowałem na Kongresie Psychotronicznym w 1981 roku, zorganizowanym przez Lecha Emfazego Stefańskiego i jego Stowarzyszenie Radiestetów. Paweł Połonecki wzbudzał zainteresowanie mediów, zaproszonych gości i obserwatorów.

W prasie pojawiały się coraz częściej informacje o jego zdolnościach uzdrowicielskich potwierdzanych przez ekspertów radiestezji i kolejne badania zainteresowanych jego właściwościami naukowców. Tłumaczono jego fenomen silnym biopolem, przywoływano często termin bioelektronika (elektromagnetyczna teoria życia), który pojawił się w publikacjach księdza profesora W. Sedlaka. Również seanse zbiorowe kanadyjskiego uzdrawiacza Clive’a Harrisa – coraz częściej pojawiającego się w Polsce – podgrzewały zainteresowania tym tematem. W tym czasie też, od pamiętnego Kongresu Psy- chotronicznego (1981), razem z J. Lewandowskim rozpoczęliśmy próby charytatywnych oddziaływań w siedzibie stowarzyszenia przy ul. Radomskiej. Coraz więcej zainteresowanych korzystało z naszej pomocy bioenergoterapeutycznej. Praca z chętnymi osobami, wspierana materiałami, książkami i przekazami o technikach Mesmera, Cramera, Langsdorfa, Deleuze’a czy w końcu P.C. Jagota, Świtkowskiego i innych, dawała coraz lepsze rezultaty. Wzbogacana była naszą wiedzą o metodach uzdrawiania znanych od 200 lat, aczkolwiek różnie nazywanych. Pojawiały się określenia prany, odu, eteru, fluidu, magnetyzmu zwierzęcego, fluidów mesmerycznych, energii życia itd.
Dołączali do nas kolejno M. Wirkus, A. Lisiak, M. Fudali, ksiądz Krystian, E. Kędzierska, M. Kalwoda, dr S. Szantyr-Powolna i inni. Często ich orientacja filozoficzna czy religijna powodowała zainteresowanie uzdrawianiem ezoterycznym czy duchowym.

W tych też latach braliśmy indywidualnie lub grupowo udział w badaniach i obserwacjach naukowych i medycznych. Przeszliśmy wówczas wiele testów klasycznych – pomiar ciśnienia – skurcz i rozkurcz, pomiar wzrostu siły fizycznej po działaniu bioterapeuty (dynamometrem), badania EKG i EEG podczas oddziaływania terapeutycznego (szpital MSW przy ul. Komarowa, dziś Wołoskiej), zmiany napięcia powierzchniowego wody, zdjęcie kirlianowskie, różnice potencjału palców dłoni (doc. dr Grabiec), aury (biopola) w komorze Faradaya (dr Jan Szymański w Centrum Akupunktury prof. Garnuszewskiego), wpływ na płyny (butelka lejdejska – dr J. Rejmer), zmiany w wiązaniach wodorowych wody, badanie wzrostu roślin i ich różnic po oddziaływaniu bioterapeuty, krystalizacja soli, pomiar ciśnienia śródgałkowego, test Millera, emisji ładunków na fotopowielaczu, badanie miografem itp.
Jednak najwięcej uwagi poświęcaliśmy razem ze współpracującymi z nami lekarzami efektom pracy bioterapeuty z cierpiącym człowiekiem. Setki opisów pozytywnych przypadków, potwierdzonych badaniami laboratoryjnymi pokazywało skuteczność tej terapii. Praca dr Szantyr-Powolnej na dużej populacji dzieci z niedosłuchem (uhonorowana przez WHO) robiła ogromne wrażenie na lekarzach, poza tym audiometru nie można było zasugerować. Nie można też było w tym przypadku mówić o efekcie placebo.
Przez parę lat obserwacji próbowaliśmy odkryć, na co najbardziej działa energia bioterapeuty. Doświadczenia pokazały, że w przypadku kamieni w nerce czy pęcherzyku żółciowym terapeuta wpływał na biochemię organizmu i dalej na reakcje organizmu powodujące rozmiękczenie złogów. Były też przypadki, że po zbliżeniu rąk kamienie żółciowe lub nerkowe przesuwały się do przewodów i dalej, niestety powodując bardzo silne bóle. Często też obserwowano znaczącą poprawę zdrowia lub wręcz uzdrowienie w przypadkach padaczki dziecięcej okołoporodowej czy nawet krwiaków w mózgu po wypadkach samochodowych, udarów niedotlenieniowych itp. Analizujący je lekarze sugerowali, iż nastąpiła reakcja na poziomie wzrostu odporności organizmu i pokonywanie choroby. O tym wiedzieliśmy już w 1986 roku. Niezależnie od stosowanych metod, klasycznych mes- merowskich czy P. C. Jagota (aplikacje, impozycje, głaski i różnego rodzaju passy), czy też ezoterycznych (oddziaływanie na czakry, aurę, wizualizacja) lub duchowych (przekaz aplikacyjny, impozycyjny i modlitwa) efekt był ten sam. Szczególnym odbiornikiem naszej bioterapii był przede wszystkim układ nerwowy (co potwierdziły m.in. badania na nerwie zatokowym po działaniu T. Ceglińskiego) i dalej podwzgórze, hormony tropowe i w końcu komórki czy całe organy wewnętrzne. Towarzyszyło bardzo często tym reakcjom organizmu swoiste wyciszenie i spokój chorego, poprawa nie tylko pracy fizjologii organizmu, ale również stanu psychiki. Bardzo ważnym okazała się praca bioterapeuty w zakłóconym polu chorych organów, gdzie fizyczne odczuwanie zakłócenia pozwalało właściwie operować bioenergią.

W naszym gronie byli uzdrawiacze tzw. racjonalni (mgr S. Abramowski i chyba wówczas ja) i ezoteryczni (M. Wirkus, A. Lisiak). Wymienialiśmy się często klientami i oni określali nasze działanie jako bardzo podobne w skutkach terapeutycznych. Myślę, że to – niezależnie od zastosowanej metody – pokazywało nam nasze wspólne korzenie uzdrawiania. Dzieliliśmy się poglądami i spostrzeżeniami na sympozjach i kongresach organizowanych przez człowieka niezwykłego, jakim był L.E. Stefański. To były dobre czasy wspólnej pracy i doskonalenia.

Pojawiały się wówczas, tak jak i teraz, różne nowe „cudowne” metody, które miały czynić cuda. Niestety gasły powoli i znikały zależnie od komercyjnego napompowania przez zainteresowane media lub organizatorów takich masówek. Przyszła w latach 90. moda na reiki, które jest mieszanką bioterapii z akcentem duchowym, dającym dużo dobrego. Jednakże brak przygotowania energetycznego i znajomości zasad BHP uzdrawiania kończył się różnie dla praktykujących. Dzieliliśmy się wówczas z mistrzami reiki naszą wiedzą i spostrzeżeniami, pozwalającymi bezpiecznie dla nich i ich klientów działać. Mam wielki szacunek dla mistrza reiki T. Szewczyka za jego skromność, krytycyzm i zdrowe podejście do uzdrawiania.

W 1985 roku ukazał się komunikat Wydz. VI PAN zabraniający lekarzom współpracy z bioenergoterapeutami. Był to niezaprzeczalnie duży błąd, gdyż współpraca z lekarzami (nie tylko przyjmowanie chorych wespół z nimi czy pod ich czujnym okiem, ale także ich udział w komisjach kwalifikujących na kursy bioterapii i egzaminach końcowych, czy ich wykłady z anatomii choćby na takich kursach) sprawiała, że chorymi zajmowali się ludzie nie tylko z predyspozycjami uzdrowicielskimi, ale też odpowiednio przygotowani. To była współpraca mająca na celu dobro chorych. W wyniku tej nietrafnej uchwały pojawiło się wielu niedouczonych uzdrawiaczy, po parodniowych kursach.
W roku 1991 udało się moim kolegom bioenergoterapeutom (Z. Hudak i inni) zarejestrować bioenergoterapię jako zawód i rzemiosło. Egzaminy państwowe w tej branży pozwalają na kontrolowanie absolwentów różnych „szkół” i ograniczanie w jakimś stopniu pojawiania się szarlatanerii bioterapeutycznej.

Człowiek chory, którym nie zawsze skutecznie zajmują się specjaliści medycyny akademickiej, jeżeli nie stracił jeszcze nadziei, szuka dla siebie ratunku u różnych osób zajmujących się medycyną komplementarną. Może trafić zarówno do polskich bioterapeutów, jak i do nagłaśnianych bioterapeutów z innych krajów, którzy oferują super metody autorskie. To jest bardzo obiecujące, ale kiedy się tym metodom bliżej przyjrzeć, to okazuje się, iż są to kompilacje starych metod zaczerpniętych z Mesmera, Powella, Gordona, Stona czy Edwardsa (uzdrawianie duchowe), jak choćby metoda ostatnio popularnego u nas Domancica czy rożnych zamorskich sław (z Australii, Kanady czy USA).

Na przestrzeni lat (1981–2013) widziałem już wiele różnych metod uzdrawiania i zawsze podchodziłem do nich z zainteresowaniem i nadzieją na poprawienie swoich narzędzi i umiejętności terapeutycznych. Spotkałem też wielu oszustów oraz chorych psychicznie, którzy w tym działaniu odnajdywali spełnienie i dowartościowanie.
Współpracowałem z wieloma lekarzami, którzy uczyli mnie spokojnego, ale życzliwego podejścia do terapii i chorego, pokazywali mi przypadki, gdzie obaj z lekarzem musieliśmy się poddać w walce z bezwzględną chorobą. To uczy pokory i pokazuje, że nie wszyscy lekarze są źli, obojętni na ból i cierpienie. Widziałem ich pracę, kiedy biurokracja i tępota zwierzchników zabiera im czas przeznaczony dla chorych. Niektórzy z nich byli też moimi klientami, a potem często konsultantami. Miałem też ostrych krytyków (jak prof. Kamiński czy doc. Wronkowski – lata 80/90), których inteligentne ataki pokazały mi, co należy robić w naszej praktyce uzdrawiania, by była skuteczna i profesjonalna.

Pojawi się pewnie jeszcze wiele metod odgrzanych przez komercyjne potrzeby, pomalowanych kolorowymi obietnicami cudu, który niestety zdarza się rzadko. Myślę, że zarówno chory, jak i terapeuta powinni być rozważni w tym, co poznają, przyjmują i czynią, bo to jest nasze życie i jesteśmy za nie odpowiedzialni. Świat Ducha, Energii i Ciała pewnie jeszcze nie raz nas zaskoczy. Ale konieczna jest rozwaga, spokój i pokora w poznawaniu tajemnic życia i zdrowia, a chorzy powinni mieć prawo i możliwość korzystania z każdej terapii, jeśli tylko nie szkodzi i nie postuluje zerwania z leczeniem konwencjonalnym.

Uzdrowiciele, Terapeuci...

W najnowszym numerze

czwarty wymiar 12/2017
Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.