Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar"

Śladami przeszłości

Jędrzej Fijałkowski Jędrzej Fijałkowski

Słońce Temudżina

Jeśli więc często mamy zaczerwienione i łzawiące oczy – to widomy znak, że trzeba zająć się wątrobą i na jakiś czas zrezygnować z ulubionych trunków. Jeśli dokuczają nam stale szumy w uszach – możemy spodziewać się kłopotów z nerkami. Problem ze śledzioną może występować wówczas, kiedy miewamy stale tzw. zajady. A jeśli zatkany jest bez przerwy nos – warto zająć się płucami. Na podstawie stanu i koloru języka da się stwierdzić, czy należy zbadać serce.

Wracając do akupunktury, która obok diagnozy z pulsu jest kolejną specjalnością obu lekarek pracujących w przychodni, dr Delger i dr Batgerel Sanj, nikogo z czytelników nie trzeba chyba przekonywać o jej dobrodziejstwach. Tym, którzy jeszcze jej na sobie nie doświadczyli, warto powiedzieć, że nie jest to zabieg bolesny. Panicznie bojących się zastrzyków – poinformować, że to zupełnie inne ukłucie. Punkty na skórze, w które wkłuwa się igłę, nie zawsze są unerwione – stąd brak bólu.

Igła ma grubość od 0,15 mm

do 0,25 mm, wykonana jest ze specjalnego stopu chirurgicznej stali i umieszczona w tulejce, przez którą lekkim uderzeniem lekarz wkłuwa ją w ciało. Zabieg trwa od 15 do 20 minut. Rzadko, choć tak się zdarza, zwłaszcza przy silny bólach, np. migrenowych, ulga następuje już po pierwszym zabiegu. Z reguły stosuje się cykl 10 zabiegów, po których odczuwalna jest zdecydowana poprawa stanu zdrowia.

Zespol Przychodni Narantem w komplecieZnany piosenkarz, przez 40 lat cierpiący na potworne migreny niepozwalające skupić się na koncercie bez kilku, czasem kilkunastu proszków przeciwbólowych, po zabiegach akupunktury w przychodni stwierdził, że pewien ból, niestety, jeszcze pozostał, ale z takim to już może żyć, jest słabszy i krótkotrwały. No i przede wszystkim nie wymaga brania środków przeciwbólowych.

Spektrum chorób, w których akupunktura przynosi ulgę, jest rozległe: od chorób psychosomatycznych, gdzie efekty terapii są najbardziej zauważalne, przez stresy, wszelkiego rodzaju bóle, po ciężkie schorzenia, leczone w przychodni za pomocą atakowania choroby z obu stron: od strony medycyny akademickiej i od tej naturalnej. Doskonałe efekty odnotowuje się w leczeniu bezpłodności zarówno u kobiet, jak i mężczyzn, zaburzeń miesiączkowania, rozchwiania hormonalnego i wszelkiego rodzaju uzależnień.

Delgermaa Munkhuu jako dziewczynka miała rozterki: zostać piosenkarką, politologiem czy lekarzem. Kuszono ją szkołą polityczną, odnosiła sukcesy na dziecięcej estradzie i nauczyciele chcieli wysłać ją do konserwatorium.

– Miałam rozdwojenie jaźni. Ale najbardziej chciałam jednak zostać lekarzem. Trochę za sprawą mojego wujka, który był lamą i od małego kazał mi pić zioła. Pokazywał, jak się je robi, gdzie rosną, jak się nazywają. Mama jest weganką i kiedy gotuje dla nas obiad, zawsze mówi:

– Funduję moim dzieciom zdrowie...

Mongolskie jedzenie wegańskie jest bardzo smaczne, czego nie mogę powiedzieć o takim jedzeniu w restauracjach w Polsce…

– Restauracji mongolskiej jeszcze w Warszawie nie ma, więc może ktoś wreszcie wypełni tę lukę… – stwierdzam.

– Na pewno nie ja – śmieje się Delgermaa. – Ja już mam swój zawód. Lubię to, co robię. A to dla mnie bardzo ważne.

Delgermaa to imię, a nazwisko w Mongolii to imię ojca. Munkhuu miał na imię jej ojciec, sam zaś nazywał się Sanjid, jak na imię miał jego ojciec, czyli dziadek Delgermy.

Prócz akupunktury i diagnostyki z pulsu w przychodni stosuje się kilka rodzajów baniek, wiele technik masażu i oferuje wschodnie zioła, zbierane i przygotowywane już nie przez lamów, ale przez wyspecjalizowane firmy. Do dyspozycji jest tu 70 podstawowych roślin. Poszczególne zestawy zawierają od 2 do 35 składników.

W Mongolii można je kupić niedrogo w specjalistycznych aptekach sprzedających naturalne leki. U nas również są wyjątkowo skuteczne, mimo iż zielarska zasada powiada, że należy pić zioła z terenu zamieszkania. Widać słowiańska dusza ciągnie do tajemniczych praktyk Wschodu, skoro zioła z tamtych rejonów przynoszą nam ulgę. Jeśli jednak w sanatorium położonym o 400 km od stolicy, Ułan Bator, w okalającym je lesie już na samym wejściu rosną poziomki do zbierania garściami, zaś parę kroków dalej krzaki jagód i borówek – nic dziwnego, że i zioła musimy mieć podobne.

Dlaczego jest tylko jeden „Narantem”?

(Nara – to Słońce, Tem – to pierwsze litery słowa Temudżin, imienia mongolskiego wojownika, zanim stał się Dżyngis Chanem).

Dlaczego w przychodniach NFOZ nie ma możliwości kompleksowego leczenia? Dlaczego bioterapeuci współpracują z lekarzami, a odwrotność to rzadkość wyjątkowa, chociaż trzeba przyznać, że zdarzająca się coraz częściej, zwłaszcza w przypadku lekarzy młodego pokolenia. Czy służba zdrowia zawsze musi kojarzyć się z wielomiesięcznym oczekiwaniem na wizytę u specjalisty i na kilkuminutowy zaledwie „przegląd” u internisty?

– To nie lekarz jest winien temu wszystkiemu – mówi prezes firmy, Cenguunjav Hunjav. – To pewne administracyjne rygory zdusiły w nim powołanie. Wypełnianie masy papierków nie ułatwia kontaktu z pacjentem. Taki macie system. Nie mnie oceniać, czy on jest dobry, czy zły. Jednak w tym pośpiechu, w tej biurokracji, a także, paradoksalnie, w świetnie wyposażonych w najnowsze zdobycze techniki medycznej salach, laboratoriach i gabinetach, brak, myślę, miejsca na samego człowieka, na jego uczucia, umiejętność zwyczajnego z nim pogadania. Ludzie Wschodu się nie spieszą. Potrafią rozmawiać, a jeszcze ważniejsze – potrafią słuchać. U was z tym jest trudno. My mamy trochę inny system wartości i dużo więcej czasu dla pacjenta. Ale wynika to z naszej filozofii życia, odmiennej od filozofii pędzącego z zadyszką świata zachodniego...

Artykuły z tej kategorii

Oficjalna strona miesięcznika "Czwarty Wymiar", ukazującego się od 1996 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska - "Czwarty Wymiar" - All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.